Miałem okazję porozmawiać i wymienić opinie z osobą, która - jak się okazało - była kiedyś
bhaktą (wielbicielem) w ruchu Hare Kryszna. Pomyślałem, że to świetna okazja, żeby dowiedzieć się o ISKCON nieco więcej i wzbogacić tą wiedzą tego zakurzonego już bloga. Tak więc jedną z naszych rozmów nagrałem (oczywiście, za zgodą rozmówcy) i jej zapis przedstawiam poniżej. Nie traktujcie tego proszę jak wywiad - ot, zwykła rozmowa zwykłego człowieka zainteresowanego religiami ze zwykłym człowiekiem, który może na ten temat wiele powiedzieć z własnego doświadczenia, nawet jeśli niektóre z jego ocen uważam za zbyt surowe.
Ja: Jak wygląda normalny dzień w świątyni?
Były bhakta: Tak tytułem wstępu, żeby moje obecne stanowisko
przedstawić: byłem kiedyś w bibliotece publicznej i miasto zasponsorowało taki
plakat ogromnej wielkości, gdzie było dwadzieścia parę pytań i jeśli odpowiedź
na nie brzmiała "tak", to znaczyło że jesteś pod wpływem sekty. Jak to sobie
przeczytałem, to na dwadzieścia punktów niemal wszystkie odnosiły się
w jakiś sposób do tego, co się działo w ruchu Hare Kryszna.
A jak wygląda dzień: Pobudka - powinno się wstać przed czwartą; kąpiel - najlepiej zimna.
Potem pierwsza uroczystość świątynna, czyli dla osób mieszkających w ośrodku czy świątyni; dla osób mieszkających w domu
jest to przesunięte, bo w warunkach domowych trudno jest zrobić
program o piątej lub przed piątą. To jest ceremonia, podczas której śpiewa się
pieśń poranną - melodie i pieśni są od strony muzycznej bardzo piękne.
Potem jest dwugodzinny
okres indywidualnej medytacji na koralach, czyli Maha Mantry - 16 rund po 108
mantr. W "międzyczasie" - powiem jak funkcjonują ośrodki i świątynie - służbę
zaczyna kuchnia, żeby przygotować śniadanie.
Potem godzina 7:00 - uroczystość
ku czci założyciela i mistrza duchowego lub mistrzów duchowych, po czym wygład
z Bhagavadgity, Śrimad-Bhagavatam lub Czaitania Czaritamrity - czyli jednego z
3 podstawowych dzieł - na zasadzie: werset, tłumaczenie, komentarz Prabhupady
i tzw. "własne realizacje" prowadzącego, sesja jakichś pytań i odpowiedzi. Potem śniadanie w
zależności od lat chudych, czy tłustych i tego, gdzie to się odbywa. Następnie już
obowiązki.
W moich czasach - nie wiem jak teraz - były dwa typy zajęć. Tzw.
brahmaczarini, czyli osoby stanu wolnego, od których oczekuje się, że nie będą
posiadali jakichś większych materialnych dóbr, właściwie
poświęcali swoją pracę na rzecz społeczności. Osoby żyjące w
małżeństwach, które mieszkały na zewnątrz, najprawdopodobniej prowadziły jakiś
biznes. Przez długi czas była to sprzedaż tanich obrazów olejnych z Hong Kongu
kupowanych za grosze, a tu sprzedawanych w postaci handlu domokrążnego
za duże kwoty. To dawało ogólnie duży zysk. Próbowano też prowadzić farmę w
Czarnowie, koło Kamiennej Góry - tam praca polegała na uprawie roli.
I na początku działania ruchu głównym motorem - też finansowym -
wszelkich przedsięwzięć, była sprzedaż książek Prabhupady, która szła nawet w
miliony egzemplarzy w skali Europy. Z tym że były jakieś niefrasobliwe rozliczenia z
Fiskusem. Też z odprowadzaniem podatków różnie to wyglądało. Potem świątynie
uzyskały prawny status organizacji wyznaniowych.
(We Francji była np. taka historia, że bhaktowie nie zgłaszali w ogóle swoich
finansowych wpływów, a publikowali "Newslettery", w których chwalili się ilością
sprzedanych książek i jednego dnia we wszystkich miastach w ośrodkach pojawiła
się policja, zajęła to i była klapa.)
Wracając do planu dnia: praca. Potem posiłek, obiad i uroczystość wieczorna. W
świątyni również pieśni wieczorne. I potem idzie się spać koło dziesiątej.
Ja: A w niedzielę jest pewnie zupełnie inaczej?
B.b.: No właśnie. Z punktu widzenia naszej kultury dzień wolny wypada w
niedzielę, więc wtedy jest tak zwany program otwarty. Czyli przygotowujemy takie bardziej
wyszukane potrawy, zapraszamy gości do świątyni. Organizowało się też tzw.
programy wyjazdowe, które raczej wypadały w dzień powszedni. Program był mniej więcej ten
sam, czyli na początku muzyka z wykorzystaniem
instrumentów tradycyjnych. Wiadomo, że żeby ugotować na 100 osób (Tak się
zdarzało we Wrocławiu. Tam najwięcej osób przychodziło na ten program.
Mieliśmy takie przedszkole od miasta za naszą działalność charytatywną. Tam
miasto przyznało taki obiekt i były po prostu dobre warunki - kuchnia i
duża przestrzeń. W tych czasach - to były wczesne lata 90., to było jedno
z większych centrów.), trzeba było się przygotować już dzień wcześniej: Obieranie warzyw, czy jakieś
robienie sera, czy kupowanie dużych ilości mleka. Cała ekipa obierała to, np.
w czasie porannego wykładu - jednocześnie słucha się wykładu i obiera się
ziemniaki, kroi się, smaży. Kiedyś smażyłem przez kilka godzin frytki.
"Kitchen Religion" - też tak nazywano ruch krysznowski na Zachodzie, bo ważny
był ten aspekt przyciągnięcia potencjalnych wyznawców poprzez kuchnię. Tak samo
powstrzymanie poprzez tę atrakcyjność jedzenia ludzi, którzy
chcieli odejść. To działo się już za czasów Prabhupady.
Taka anegdota: przed wyjściem ze świątyni stał gar z gulab dżameny - to są kulki z
sera (a u nas z mleka w proszku) smażone w oleju i nasączone w bardzo słodkim
syropie. To było ostatnim elementem, który mógł powstrzymać osobę która
chciała odejść. Prabhupada powiedział nawet: "Nie dziwcie się tym, co
odchodzą, a tym, co zostali". Czyli sam miał na myśli, że trudno jest utrzymać
ludziom z Zachodu taki standard zachowania, jaki on próbował tu wprowadzić.
Po przygotowanie tego wszystkiego, indywidualne zajęcie
się gośćmi. W języku anty-sekciarskim to się nazywa "bombardowanie miłością".
Ktoś, kto przychodzi, potencjalnie ma jakieś problemy życiowe. Nagle
zostaje otoczony taką radosną i ciepłą atmosferą, tak powoli się
wciąga. Muzyka jest atrakcyjna, wciąga się do śpiewu. Jedzenie jest
bardzo atrakcyjne, szczególnie na uczcie niedzielnej. Jest ceremonia: taniec,
śpiew, indywidualne rozmowy z gośćmi. Każdy ma swoje osoby, które na przykład
już rozpoznaje, przychodzące częściej. No i to właściwie jest
sposób rekrutacji przyszłych członków. Czyli poprzez udział w programie w
świątyni czy na zewnątrz.
(Myśmy tutaj w Gdańsku w ciągu jednego roku
zorganizowali z 200 programów. Także nawet w ciągu dnia dwie ekipy w
różnych miejscach robiły taki program i mniej więcej tak samo wyglądał.
Był tu jednak taki problem, że standardy kuchni pozwalały tylko na gotowanie w swoich, tzw.
czystych garnkach. Czyli kiedy jechaliśmy np. do Elbląga, myśmy jechali
wcześniej z zakupami, ze swoimi garnkami i tam gotowaliśmy taki zestaw,
powiedzmy: warzywa smażone, ryż, jakieś słodycze na miejscu wykonywane.)
Poza tym poprzez książki, czyli ich sprzedaż. Jako zajęcie to już nie jest jakieś bardzo popularne.
Na początku to było na bardzo szeroką skalę. Książki drukowane były tu za jakieś
nieduże kwoty lub wręcz bezpłatnie dostarczane
Bhaktivedanta Booktrust, czyli założony przez Prabhupadę poligraficzny
koncern. I wszystkie te działania miały na celu... Bezpośrednio się o tym mówi:
Idea jest taka, że wszyscy powinni zostać bhaktami. Powinna być jedna
religia, czyli świadomość Kryszny, jedna święta książka, czyli Bhagavadgita,
jedno zajęcie - miłosna służba oddania, czyli bhakti joga. No i każdy element
działania miał na celu rozszerzanie tego ruchu.
Ja: Na programie niedzielnym wszystko wygląda bardzo przyjemnie: tańczy się,
śpiewa, mantruje, ucztuje. Jak się jest już w środku, to dalej tak wygląda?
B.b.: No właśnie. To jest taki - powiem tak nieładnie - lep na muchy. No bo oferuje
się odpowiedź na wszystkie pytania, prostą metodę samorealizacji, czyli
powtarzanie Maha Mantry "Hare Kryszna", która ma dać bardzo szybki postęp
duchowy. No i przestrzeganie zasad, czyli 4 zasady tzw. regulujące, z
angielskiego.
(Dużo takich terminów w tym żargonie ISKCON-owym było niezręcznie
przetłumaczonych z angielskiego, ale to funkcjonowało też jako pewnego rodzaju
język, który odróżniał bhaktę od nie-bhakty. Umacniał podział świata na
bhaktów, czyli tych dobrych i nie-bhaktów, czy potencjalnych bhaktów.)
Jak to wyglądało potem: Na początku jest - i to się nawet otwarcie mówi - jest
jak cukierek: dostajesz od Kryszny coś, co ma cię zachęcić i jest fajnie.
Fajna muzyka, fajna atmosfera. A potem zaczyna się długa ścieżka
samorealizacji, gdzie podstawą jest właśnie Maha Mantra - codzienne
intonowanie, co zajmuje 2 godziny i te zasady, czyli:
Powstrzymanie się od jedzenia mięsa, ryb i jajek. W stanach - nazwijmy to - bardziej fanatycznych,
jedzenia tylko ofiarowanego Krysznie. A nie wszystko można Krysznie ofiarować,
nawet wegetariańskiego. Więc tam anemia, czy stan niedożywienia były na
porządku dziennym.
Powstrzymanie się od hazardu w każdej postaci; niektórzy
twierdzili, że jazda bez biletu jest też hazardem.
Nieużywanie żadnych używek;
nie można było spożywać nawet kakao. A potem to się złagodziło i czekolada stała się
pewnym rarytasem. Nie mówiąc już o papierosach, kawie, czy herbacie.
I sprowadzenie seksu jedynie do małżeństwa, a w małżeństwie - przepisy
regulowały to dosyć dokładnie - tylko raz w miesiącu i tylko w celu
prokreacji.
Okazywało się, że życie tak na co dzień jest bardzo trudne. Bo kto
jest w stanie taki wysoki standard utrzymać? I powstaje rozdarcie. Bo z jednej strony
wiem, jak powinienem postępować, a z drugiej strony nie postępuję w ten
sposób, jest mi trudno to utrzymać, nawet ten podstawowy nakaz intonowania 16 rund
Maha Mantry. No i życie staje się normalne, czyli ciężkie. Nie jest to
sielanka, jak się wydaje, bo z punktu widzenia filozofii Kryszna żyje w
ciągłej sielance, gdzie ma swoje rozrywki "lila" i dążeniem bhakty jest
wejście w sferę tego działania. Ale droga adepta jest ciężka i dochodzi do
problemów - psychologicznych załamań, czy dewiacji nawet. Bo te instynkty są tłumione.
Są brahmaczarini, którzy powinni żyć w całkowitej
czystości myśli, uczynków, nawet spojrzeń. A tu się okazuje, że nie są tacy
i potem dochodzi do różnych sytuacji. Na przykład tzw. mistrzowie duchowi czy zaufani
uczniowie Prabhupady wyznaczeni przez niego na swoich następców, po wielu
latach sprawowania tych funkcji uciekali z uczennicami. No po prostu
normalność, która nie jest hasłem ideologicznym tej ścieżki.
Ja: Czy to oznacza, że takie elementy, jak taniec śpiewanie, słuchanie gry
instrumentów są tylko na pokaz w niedzielę, a poza tym w ogóle nie występują?
B.b.: Występują w tym programie niedzielnym. I to naprawdę jest sympatyczne,
miłe i daje napęd do utrzymania tego tzw. standardu zachowań. No ale potem
okazuje się, że jest trudno. Trudno np. jest utrzymać ten standard wstawania
przed czwartą i sprzedawania książek - nie wiem jak to teraz wygląda. (Przez
wiele lat było to związane z "Woodstockiem" Owsiaka - tam była Pokojowa Wioska
Kryszny. Odbywał się właśnie taki letni wakacyjny tour po miejscowościach nadmorskich,
a potem w ramach Woodstock'u promocja w tamtej wiosce Kryszny, gdzie zapraszano już
muzyków profesjonalnych oraz tancerzy z Indii i było to prezentowane jako
festiwal kultury Wedyjskiej, czyli opartej na starożytnych tekstach.)
Ja: A ten rygorystyczny kodeks zachowań obowiązywał wszystkich bhaktów, czy
tych zaangażowanych najbardziej?
B.b.: Okazało się potem, że trudno jest pozyskać ludzi.
Ideałem było, że osoba, która przychodzi, neofita, podejmuje - mówiąc w tym języku - tzw. proces,
czyli zaczyna intonować mantrę Hare Kryszna i
przestrzegać tych czterech zasad. Taka osoba jest uważana za bhaktę. Jeżeli żyje w
rodzinie, to pozwalało się jej na to, żeby mogła jeszcze nakłonić współmałżonka do tej
praktyki. Jeżeli to była osoba stanu wolnego, to namawiało się do zamieszkania w ośrodku lub
świątyni. Tam po roku, dwóch, trzech mogła uzyskać tzw. inicjację, czyli
formalne podporządkowanie jakiemuś z guru. On uznaje swojego ucznia, tamten
obiecuje posłuszeństwo, przestrzeganie tych zasad. To była tzw. pierwsza
inicjacja. Druga inicjacja, tzw. bramińska, wiązała ściślej ucznia z mistrzem.
Ideał był taki, żeby jak najwięcej osób do tego stanu doprowadzić. Po drodze
były te etapy pośrednie, gdzie byli bhaktowie, czyli osoby uważane za
"próbujące". Potem zaczęło się to rozszerzać. Na Zachodzie to się wiązało z tym,
że protestanci w Stanach zaproponowali taką metodę komórkową: każdy z
wyznawców starał się pozyskać jedną, dwie, trzy osoby i przyprowadzić do
kościoła i taką metodą komórkową budować tzw. kongregację, czyli osoby
wspierające ten kościół. Bhaktowie podchwycili to i to był tzw. Nama Hatta,
czyli domowy system, mniej rygorystyczny. "Niech ktoś jedną rundę
mantruje zamiast 16 dziennie no i niech przestrzega jednej zasady, czy dwóch,
czy trzech, czy czterech." Ale idea zawsze jest ta sama: żeby rozpowszechniać te idee.
Ja: Czy dużo ludzi przyjmuje inicjacje?
B.b.: Prabhupada miał chyba trzy tysiące uczniów. To było parę tysięcy osób,
które inicjował. Po jego odejściu, uczniowie, którzy przyjęli tę pozycję guru
również inicjowali swoich uczniów. W Polsce w tym czasie kiedy ja byłem
zaangażowany (to były lata "osiemdziesiąt siedem" do dziewięćdziesiąt cośtam)
mówiło się o kilkuset osobach inicjowanych z pierwszą inicjacją i trochę mniej
tych drugich. Na początku był tylko jeden guru regionalny, który
inicjował tych pierwszych polskich bhaktów. To się zaczęło w Polsce właśnie w
latach osiemdziesiątych. Potem były różne rewolucje, bo się okazało, że z
dwunastu wyznaczonych przez Prabhupadę następców siedmiu odpadło w jakichś
dziwnych okolicznościach: Jeden z nich został skazany za morderstwo, drugiemu
uczeń pod wpływem narkotyków obciął głowę mieczem. Takie historie się zdarzały
i nie wiadomo było, jak to sobie wytłumaczyć. Bhaktowie w Niemczech
przygotowywali się do wojny, która miała nadejść według przepowiedni
wedyjskiej i gromadzili broń, a we Francji, tak jak mówiłem, była ta sprawa
finansowa. Trochę dziwnie to wyglądało. W Stanach był zakaz, bo bhaktowie
wykorzystywali dzieci do żebrania po lotniskach. No i też duży odłam się
oderwał. Potem napłynęli inni wyznawcy, propagatorzy z Indii, z innych szkół i
nagle kwestionowali przekaz Prabhupady. Według nich nie był uznany przez swojego
mistrza jako jakiś wyróżniający się uczeń, a zapoczątkował ten świt krysznaizmu w
Stanach. To jest bardzo szeroki temat. Początkiem był oczywiście ruch hippisowski, zachłyśnięcie się i ekspansja hinduskich guru do
Stanów. Kalifornia, jako miejsce, w którym jest wszystko, co tylko można
sobie wymarzyć. Do dzisiaj tam jakieś takie cuda się znajdują.
Ja: Każda religia ma swoje zasady, ale wiadomo, że żadnej religii nie traktuje
się do końca na serio. Każdy sobie odrzuca coś lub dokłada tak jak mu pasuje.
Zastanawia mnie, na ile to jest obecne w Hare Kryszna? Na przykład kiedy byłem
w świątyni, spotkałem bhaktę, który jest wyznawcą od 20 lat, a mówił, że sam
wegetarianinem nie jest.
B.b.: Dla mnie to jest nowe. Idea Prabhupady była taka, że buduje się - jak to
się mówiło - społeczeństwo bramińskie, czyli osoby, które mantrują,
przestrzegają tych zasad i są taką awangardą tego ruchu. Potem okazało się, że
trudno jest utrzymać te wszystkie zasady i pojęcie bhakty zostało rozszerzone.
Chodziło o to, że mamy kapłanów, czyli osoby po inicjacji, które mają ten
wysoki standard i tzw. kongregację, czyli osoby sympatyzujące, przestrzegające
jednej zasady, czy intonujące jedną rundę. Ale warunkiem otrzymania inicjacji
było przyrzeczenie przestrzegania tych czterech zasad i co najmniej 16 rund
Maha Mantry.
Ja: Zastanawia mnie sama Maha Mantra - kiedy ostatnio rozmawialiśmy, twierdził
pan, że samo mantrowanie nie daje żadnych korzyści.
B.b.: Idea jest taka, że mantra medytacji, to jest prośba do energii Kryszny.
Skomplikowane jest rozumienie bóstwa - jako Kryszny i jego energii
przyjemności, jako Radhy, czyli jego wiecznej towarzyszki i wymiany
pomiędzy tymi "biegunami" bóstwa i wciągnięcie w to osób,
które temu towarzyszą. I to jest najwyższy cel bhakti, czyli służby oddania.
Jest Kryszna, jest Radha, Kryszna jest pasterzem, Radha jest pierwszą z
jego oblubienic. I ten związek jest taki silny, że pasterki, które temu
towarzyszą, uciekają od swoich mężów, żeby spotkać się z Kryszną w lesie i tam
z nim tańczyć. To jest najwyższa pozycja i chodzi o to, aby wejść w te
rozrywki Kryszny jako towarzysz, pomocnik - to są te najwyższe stopnie.
Wejście w taki stan osiągnęły te osoby, które żyją w miejscach, gdzie Kryszna był
i tam się te rozrywki cały czas dzieją. Zmieniając swoją świadomość do
stopnia takiego uwielbienia, można wejść jakby w te rozrywki i osiągnąć ten
status towarzysza Kryszny. I to jest cel.
A żeby osiągnąć ten cel, trzeba
oczyścić umysł. A oczyszczanie umysłu odbywa się poprzez mantrowanie i
przestrzeganie zasad. Maha Mantra jest rozumiana w ten sposób, że medytacja
jest to koncentracja na tym dźwięku, czyli angażuje dwa zmysły: mówię i staram
się słuchać. Jednak z własnego doświadczenia i z doświadczenia osób, z którymi
tam byłem, wiem, że jest strasznie trudno nie myśleć, wejść w ten stan czystego
słuchania. To jest możliwe minutę, dwie, ale nie dwie godziny.
Poza tym, mówię
o tej nieskuteczności, bo osoby takie jak mistrzowie duchowi, którzy mieli już
wysoki status, wysoką wiedzę i znajomość filozofii - bo to też jest pewnym
wyznacznikiem pozycji - i mówili bezpośrednio, że weszli w to, wiele lat
sprawowali takie odpowiedzialne funkcje, kierując losem swoich uczniów,
udzielając im rad (przyjmowane one były za alfa i omega, czyli taką absolutną
prawdę); okazywało się, że oni sami są emocjonalnie niespełnieni i różnego
rodzaju dewiacje się pojawiały. Także to jest dla mnie takim jakby
wyznacznikiem.
Poza tym sam wiem, jak ja się starałem, żeby rzeczywiście
słuchać. Potem tłumaczenie jest takie: "Nie osiągasz postępów, bo nie
słuchasz prawidłowo". No ale kto słucha? To jest trudne. Sama Bhagavad-Gita
mówi, że zmysły są przyciągane do obiektów zmysłów. Łatwo by było mantrować na
jakimś szczycie góry, gdzie nie ma żadnego rozpraszającego elementu. A tu
zawsze jest jakaś dziwna myśl. Mówisz: "O kurczę, nie zrobiłem tamtego, bo mam
zrobić coś innego".
(Teraz jak patrzę na te strony krysznowskie - czasami sobie z sentymentu
odwiedzam - nie widzę nikogo znajomego, z tego mojego pokolenia, gdzie
naprawdę było nas dużo, bo na przykład w Polsce braci i sióstr duchowych,
czyli osoby, które były inicjowane przez tego samego Guru było kilkadziesiąt,
samych wyznawców kilkaset - kilka tysięcy.)
W praktyce okazywało się, że to nie jest
tak prosto i że nie jest to takie, jakim się ukazuje. I potem taki człowiek żyje w
takim rozdarciu wewnętrznym. Ma poczucie winy: Praktykuje, ale coś musi robić
źle, bo mu nie wychodzi. Nie ma tzw. smaku ekstazy. Bo bycie towarzyszem
Kryszny oznacza nieustanną ekstazę, takie uniesienie. Przypomina to trochę
stany maniakalne - co by się nie działo, to jest świetnie. Ideał jest taki, że
sam Kryszna jest obecny w tym wypowiadanym przez wielbiciela imieniu, jest
obecny w tym dźwięku i ma on moc oczyszczania. Znacznie bardziej
efektywna, a można powiedzieć mniej szkodliwa, była ta forma medytacji od form
z Raja Jogi, czy Jogi Mistycznej, gdzie naprawdę poważne problemy się
pojawiają przy próbach manipulacji oddechem i innych form jogi. To jest
znacznie bardziej niebezpieczne.
Ja: Czyli intonowanie z jednej strony nie dawało żadnych korzyści,
przynajmniej pan i inni wyznawcy ich nie odczuwali, a z drugiej strony nie
było szkodliwe?
B.b.: Trudno powiedzieć, czy jedno było wynikiem drugiego, czy odwrotnie. Myślę,
że szkodliwe było działanie takie, że potencjalny adept nagle zaczynał
traktować swoich rodziców jako karmitów. Czyli bhaktowie to ci dobrzy, którzy
intonują, a karmici - ludzie na zewnątrz, którzy nie znają bhakti jogi, jedzą
mięso, piją wódkę i to całkowicie ich dyskwalifikuje jako osoby duchowe.
Prabhupada uczył też - a niektórzy uczniowie bardzo to przejaskrawili - "Co
to za religia chrześcijaństwo, czy islam, czy buddyzm, jak oni tam jedzą
mięso, czy piją alkohol?" Zespół tzw. neofity: osoba, która najpierw
poznaje te zasady. "Tak, to jest to, świetne!" Ale od razu: "Osoby, które tego
nie robią - ci są w ogóle potępieni." Prabhupada powiedział, że te inne
religie to są religie wyłączonych z kasty. Jedyna prawdziwa religia to jest
Świadomość Kryszny.
Ja: Czy takie podejście do innych religii jest powszechne w Hare Kryszna?
B.b.: Tak. Były nawet próby jakiejś krytyki podstaw chrześcijaństwa. Mówiło się
np., że jest chrześcijaństwo prawdziwe i pawłowe. Św. Paweł miał wiele
zmienić. I tak naprawdę krysznowcy wiedzą, co chrześcijanie robią źle i co
jest źle w ich praktyce i doktrynie, a oni wiedzą lepiej, jak to powinno
wyglądać. Bo prawdziwa religia to jest Świadomość Kryszny.
Ja: Takie podejście występuje chyba w wielu religiach?
B.b.: Teraz to to nawet występuje u Dana Browna: Jest jakiś inny przekaz nauki
Chrystusa, jakieś tajne stowarzyszenie, kult kobiecości, a to co
chrześcijaństwo głosi, to jest wypaczenie idei Jezusa.
Ja: Odmian chrześcijaństwa było bardzo dużo, ale tylko jedna przetrwała.
B.b.: No to już...
Ja: Tak, to rozmowa na inną okazję.
B.b.: Ja wrócę do tego filmu (o którym rozmawialiśmy wcześniej; promujący katolicyzm rzymski - przyp.)
- polecam bardzo. Bo mnie też się
bardzo długo wydawało, że chrześcijaństwo to jest jak krysznaizm: Że jest
jakiś proces duchowy, ale on nie daje takich rezultatów. A tu okazuje się, że
są namacalne rezultaty i to takie spektakularne. Po prostu ludzie poprzez
nastawienie duchowe i modlitwę osiągają rzeczy takie, zdawałoby się, jak cuda.
Czyli: chromi mogą nagle chodzić, a niewidomi zaczynają widzieć. Poza tym ten
film mówi o Duchu, o takim dotknięciu, które sprawia, że przestępca w ciągu
jednego dnia zmienia się totalnie. I osoby tzw. opętane. Myślę, że to jest
ciekawy temat na inną rozmowę: kiedy człowiek nie kontroluje swojego ciała.
Ja: Wracając do używek: W Hare Kryszna są restrykcyjne zasady dotyczące tego,
co wolno jeść, a czego nie. Zdaje się, że czosnku i cebuli nie można jeść. No
i nie można herbaty, tytoniu, kawy itd. Słyszałem że bhaktowie narkotyzują
się czymś, co nazywają żółwiem...
B.b.: Tak. To występowało jako substytut. Taka uczta niedzielna, gdzie po
tygodniu ciężkiej pracy brahmaczarini mogli sobie pofolgować w czasie uczty
jedząc duże ilości jedzenia i duże ilości cukru. To działa tak, że - cokolwiek
byś zjadł (a słodycze są jeszcze atrakcyjne, bo są słodkie i można je jeść w
dużych ilościach) następuje odurzenie cukrowe. Prosta sprawa: dużo zjesz,
krew odpływa do żołądka; pożywienie nie daje siły, tylko staje się ciężarem i
człowiek osiąga taki błogostan. Trudno to porównać do upojenia alkoholowego,
ale mechanizm jest podobny.
Ja: Czyli to nie jest podobne doświadczenie?
B.b.: Ja nie wiem, bo się w sumie nie upiłem nigdy w życiu, więc ciężko mi
powiedzieć, jak to wygląda z tej strony. Ale jest podobny mechanizm, tylko nie
zmienia się świadomość, a następuje odpłynięcie tej krwi z głowy.
I dla podratowania morale wypicie takiego żółwika w ciągu tygodnia
stanowiło takie remedium - coś takiego, co sprawia, że człowiek czuje się
dobrze. Jest to smaczne i mechanizm jest podobny, ale skutek trochę inny. Nie
jest to upojenie, tylko takie przyjemne odurzenie dużą ilością cukru.
Ja: W Hare Kryszna wyznawcy mają chyba dosyć osobliwe podejście do osiągnięć nauki,
prawda?
B.b.: Po pierwsze ciekawe jest, że podtrzymuje się taką koncepcję, że słońce
jest bliżej od księżyca, a księżyc jest dalej i jest większy. Cała astronomia i
astrologia tzw. wedyjska podaje budowę Wszechświata dokładnie, ze
wszystkimi odległościami. Ciężko to zakwestionować, bo wszystko co mówią Wedy
jest prawdą. Twierdzi się w związku z tym, że lądowanie na księżycu zostało
sfingowane. Mówiono, że w tym samym studio, w którym Kubrick kręcił "Odyseję
Kosmiczną", można było nakręcić lądowanie na księżycu. I są przykłady, że na
którymś zdjęciu na fladze amerykańskiej na księżycu siedzi ptak... i inne
takie próby podważania prawdziwości tego wydarzenia.
Ja: Wydaje mi się, że to jest podobnie, jak z tymi restrykcyjnymi zasadami:
Jest sporo religii, które mają doktryny zupełnie nieprzystające do naszego
świata i wierni mają wtedy dylemat: Z jednej strony jest to tak absurdalne, że
nikt w to nie wierzy, z drugiej - trzeba tak mówić, bo tak każe religia.
Zastanawia mnie, jak wyglądało to w praktyce. Czy zwykli wyznawcy rzeczywiście
uparcie twierdzili, że księżyc jest dalej od słońca, czy może uważali, że to
np. tylko metafora?
B.b.: No właśnie nie bardzo tak można było powiedzieć.
Mam gdzieś w domu jeszcze "Kosmologię i kosmografię wedyjską",
gdzie pewien bhakta, który miał doktorat z fizyki, próbował uzasadnić te
wszystkie stwierdzenia. Nie wywołało to jednak przewrotu w kręgach
akademickich. Poza tym ciekawa inna historia wedyjska: Model oceanu, na którym
spoczywa Maha Wisznu, z jego pępka wyrasta kwiat lotosu i z niego się rodzi
Brahma - stwórca, z jego porów emanują wszechświaty. Znowu inny Wisznu wnika w
te wszechświaty, potem spoczywa. I cała kosmografia: planety - niebiańskie,
nasze i piekielne. Bardzo ciekawe podejście do historii i prehistorii -
mianowicie żadnej ewolucji. Uzasadnieniem tego miała być książka "Zakazana
Archeologia", która też ukazała się po polsku, wydana przez bhaktów, gdzie
była próba zaprzeczenia teorii ewolucji Darwina. Ewolucja absolutnie nie miała
miejsca, bo od razu było stworzone 8 400 000 gatunków w takiej postaci, w
jakiej są teraz. Człowiek na początku żył miliony lat, potem coraz mniej przez
kolejne wieki. Teraz jest najgorsza pora dla rozwoju duchowego: Kalijuga, czyli
czas upadku. Z jednej strony mamy więc ogromną skalę czasową, z drugiej -
łańcuch sukcesji, który składa się z trzydziestu paru osób od tych
prehistorycznych miliardów, milionów lat do tyłu, bo jedna z tych osób ciągle
żyje gdzieś w Himalajach w stanie uśpionym. Wedy mówią
konkretnie: 8 400 000 gatunków, żadnej dyskusji. Tyle milionów takich
gatunków, tyle takich, ileś gatunków ludzkich. Wszechświat wygląda tak, że do
połowy jest wypełniony wodą. Pojawiały się jakieś próby kreatywnej
interpretacji, ale ostatecznie upadły. Każde twierdzenie Wed jest prawdziwe i
uzasadnienie prawdy wedyjskiej jest poprzez inną prawdę wedyjską, czyli system
wewnętrznie spójny.
Ja: Mówi pan o tych publikacjach, które uzasadniają, że świat wygląda tak jak
twierdzą Wedy. Dla mnie to jednak nie jest miarodajne, bo wiadomo, że w każdej
religii mogą się znaleźć jacyś fanatycy...
B.b.: Ale to były zasady pryncypialne. Nie kwestionuje się twierdzeń
literatury wedyjskiej, traktuje się je dosłownie.
Ja: Czyli człowiek, który uważa np., że człowiek rzeczywiście wylądował na
księżycu, nie może uważać się za bhaktę?
B.b.: Nie wiem, czy nie może. Żyje w dylemacie. Z jednej strony ma przesłanki do
takiej wiary, z drugiej strony ma twierdzenie literatury wedyjskiej, które
mówi wyraźnie: Księżyc jest większy i jest dalej, niż słońce.
Ja: Czy często zdarzali się ludzie w takim permanentnym dylemacie?
B.b.: Ja myślę, że tak. Co innego oczekują, co innego dostają. Co innego im się
obiecuje: że jest postęp duchowy, że jest szybka samorealizacja itd. W
praktyce okazuje się to trudne. Do tego jeszcze ta filozofia, kosmologia,
kosmografia, prehistoria, wyjaśnienia w tym stylu, że Ganges wypływa u stóp
Wisznu i jest czysty, mimo że tam pływają zwłoki, resztki stosów pogrzebowych
itp. Jednak prawowierny hindus będzie się w nim kąpał i nic go nie ruszy.
Bo jest to rzeka święta i oczyszcza. Jednak się nie sprawdza.
Inny przykład:
Oczyszczająca moc łajna krowiego. W ortodoksyjnym ujęciu na farmie, gdy któryś z
garnków czy pojemników zostało zanieczyszczone przez dotknięcie, żeby uzyskać
status czystego, czyli zdatnego do gotowania dla Kryszny, musiało być wymazane
krowim łajnem. Czyli kiedy bhaktowie dostawali jakieś nowe miejsce i chodziło
o kuchnię, starano się, żeby tym łajnem wszystko wysmarować, potem wszystko
wymyć. Fanatycy nawet w lodówce trzymali to łajno, na wszelki wypadek.
A na
przykład to, że kobiety w stanie menstruacji są nieczyste i nie mogą wchodzić
do kuchni, czy brać udziału w czczeniu bóstwa.
Etykieta, ubóstwienie guru.
Pije się nawet wodę, w której myło się jego stopy, czy rzuca się na resztki
pozostawionego przez niego jedzenia, bo działa ono oczyszczająco. Wszystkie te
zwyczaje są ściśle związane ze specyfiką Subkontynentu Indyjskiego. W czasach
historycznych miały one jakieś swoje uzasadnienie. Było to praktykowane i było
naturalne. Przeniesienie tego na nasze czasy i próba zastosowania tego we
współczesnej cywilizacji europejskiej - był to pewien szok.
Ja: A jakie są konsekwencje łamania zasad?
B.b.: W żargonie nazywało się to upadkiem. Gdy bhakta łamał zasady, to mówiono,
że upada, oczywiście Kryszna płacze i z radością oczekuje syna marnotrawnego.
Niektórzy wyznawali to swoim tzw. autorytetom lokalnym, czyli np. prezydentom
świątyń, czy guru. Po tym dalej praktykowali. Najważniejsze było, że po upadku
bhakta dalej praktykował.
Ja: Czyli nie było zasad, których złamanie wykluczałoby albo wiązało się z
jakimiś formalnymi konsekwencjami?
B.b.: To indywidualnie każdy, jeśli czuł taką potrzebę, mógł jakąś pokutę lub -
jak to się mówiło - wyrzeczenia podejmować. Ale też niekoniecznie. Ktoś z
brahmaczarinów, czyli studentów mógł podjąć ślub, że nie będzie jadł słodyczy
przez rok. Znam takie przypadki - i dotrzymał słowa. Ale równie dobrze ja mogę
powiedzieć, że mam skłonność do cukrzycy i powinienem się powstrzymać od ich
spożywania, ale nie udaje się. Wiadomo - codziennie człowiek zmaga się z
różnymi pokusami.
Ja: A czy wykluczano w takim razie za coś bhaktów?
B.b.: Wykluczano - może nie formalnie, ale kiedy ktoś szedł do więzienia za
morderstwo, czy za jakieś dewiacje, społeczność wykluczała. Trudno jest
praktykować krysznaizm w więzieniu. Ze społecznego punktu widzenia najbardziej
szkodliwe działania, to było to, że antagonizowało się dzieci z rodzicami, czy
małżonków. Np. mąż podejmował praktykę Świadomości Kryszny i chciał
przestrzegać restrykcji związanych z seksem, a żona nie akceptowała tego. Albo
ktoś żył w związku z żoną, która tego nie akceptowała i guru mu mówił: "Jeżeli
twoja żona nie jest w stanie być świadoma Kryszny, musisz opuścić ją i
dziecko."
Ja: I często się to zdarzało?
B.b.: Zdarzało się to bardzo często w czasach poprzedzających moje uczestnictwo.
I kiedy ja tam byłem, również.
Ja: Zna pan ludzi, których to dotyczyło?
B.b.: Znam ludzi, którzy pytali swoich guru:
- Co mam zrobić? Moja żona nie chce, a ja chcę praktykować.
- Musisz wybrać: żona albo Kryszna.
Dochodziło do tego jeszcze, że dzieci porzucały naukę. Mówiło się: "A właściwie nie trzeba
czytać innych książek, poza książkami Prabhupady, czy świadomymi Kryszny. Nie
potrzeba innej wiedzy - to wystarczy, żeby szczęśliwie żyć i funkcjonować." I
ludzie porzucali szkoły, studia. Potem troszkę się to odkręciło, bo byli
potrzebni ludzie o statusie, który by ten ruch nobilitował. Zdarzali się np.
doktorzy.
Ja: To wszystko się działo w Polsce?
B.b.: W Polsce. Na Zachodzie też, z tym że na Zachodzie to wyhamowywało znacznie
wcześniej. Do nas przybyła kolejna fala, po Stanach i Europie Zachodniej. Po
nas przeniosło to się jeszcze do Rosji. Jeszcze w moim czasie był tam ogromny
"boom", ale w Rosji zdarzały się dewiacje od samego początku, taka dzicz tam
była. No a teraz już się o tym nie słyszy chyba. Jedynie lokalne działania
kilku ośrodków. Oglądam czasami zdjęcia. Do nas na program otwarty
przychodziło kiedyś kilkadziesiąt osób, na farmę na festiwal przyjeżdżało
kilkaset osób, a na programy niedzielne do Wrocławia ponad sto osób - nie
bhaktów, zwykłych ludzi z zewnątrz.
Ja: Wspomniał pan o wykształconych osobach. Jak one godzą to z tymi doktrynami
niezgodnymi ze współczesnymi osiągnięciami nauki?
B.b.: Zazwyczaj te osoby zajmują jakieś wysokie stanowiska, jak np. prezydent
świątyni, przewodniczący ciała zarządzającego. Zawsze
mi się wydawało, że ten ruch łączy przeciwległe bieguny. To znaczy: z jednej
strony ludzi nastawionych duchowo, szukających możliwości działania ku dobru
innych; z drugiej - osoby, które dążą do władzy nad innymi i do manipulacji -
tzw. autorytety. Jeśli jesteś prezydentem świątyni, a przy tym doktorem, to
nobilituje cię to w oczach wyznawców, daje większy prestiż, czy wizerunek
nieomylnego. Zdarzył się np. lekarz i próbował coś zrobić z medycyną
Ajurwedyjską, czyli tą tradycyjną.
Ja: Ale próbował ją unowocześnić, czy stosować w praktyce lekarskiej?
B.b.: Tłumaczył książki i opatrywał swoim komentarzem. Później bhaktowie to
czytali i próbowali stosować. Podobnie jak tradycyjna medycyna chińska jest
uznana przez naszą medycynę zachodnią za pewien odłam, tak próbowano
upowszechnić tę medycynę ajurwedyjską opartą o wiedzę ze starożytnych Indii.
Tam może być wiele cennych informacji, ale funkcjonują też stwierdzenia
Prabhupady, np. że na biegunkę najlepszy jest kefir i banany albo że żółtaczkę
leczy ssanie cukru candy - to jest najlepsze lekarstwo, bo tak mówią Wedy.
Ja: Ci naukowcy próbowali raczej dostosować tę doktrynę do naszych czasów, czy
na siłę bronili jej przez współczesną nauką?
B.b.: Raczej to drugie. Żeby uzasadnić te twierdzenia wedyjskie, pokazywali np.
układ planet, w którym rzeczywiście słońce było bliżej niż księżyc.
Twierdzili, że ma to jakieś uzasadnienie. Sam nawet nie próbowałem tego
zrozumieć, ale mam te materiały. Kilku z uczniów Prabhupady miało jeszcze
jakąś karierę naukową za sobą i oni próbowali te idee pokazać światu. Była m.in.
jakaś książka o UFO, gdzie się uzasadniało to na podstawie Wed. Czy
"Zakazana Archeologia", gdzie się pokazywało takie "Archiwum X"
archeologiczne - np. jakiś odcisk stopy z epoki dinozaurów. Idea była taka,
żeby pokazać, że jest jakieś wyjaśnienie naukowe, a ludziom na zewnątrz - że
jest taki model, który może być atrakcyjny. Ale nigdy te prace nie uzyskały
statusu, nazwijmy to, "akademickiego".
Ja: Nawiązując do tych przeciwległych biegunów, o których pan mówił - czy
uważa pan, że większość autorytetów działa z premedytacją?
B.b.: Nie chciałbym powiedzieć za mocno, ale spotkałem się nawet z taką
patologią osób, które pełniły ważne funkcje, o ogromnej ambicji. To straszna
pokusa: być kierownikiem nie tylko organizacyjnym, ale też duchowym, gdy ma
się pod sobą młodsze osoby. Mówi się "władza korumpuje". A władza absolutna
korumpuje absolutnie. Najtrudniejsza była pozycja mistrzów duchowych. Ich
służba polegała na odbieraniu służby, jak to się mówiło. Uczeń musi przed
mistrzem paść na ziemię, a mistrz musi to przyjąć - taka jest jego rola. A ta
rola jest bardzo niebezpieczna, bo jest traktowany jak bóg. Mówiło się:
"Mistrz jest żywą reprezentacją Kryszny - tak go należy traktować." Jeśli tak
się go traktuje, to jaką by on osobą nie był - a raczej nie jest osobą
skromną, choć i takie spotkałem wśród mistrzów - no to staje się to pewnym
układem patologicznym.
Ja: Czyli niekoniecznie działają z premedytacją, ale naprawdę wierzą w swoją
wyjątkową pozycję?
B.b.: Oni wchodzili w pewną rolę. Odbywało się to w ten sposób: Uczniowie
Prabhupady stawali się jego towarzyszami, mieli czas, żeby rozwijać
kongregację. Nagle mogli przyjąć status sanjasina, czyli osoby, która jest
już bardzo bliska świętości. W normalnych warunkach hinduskich działo się to
np. po przekroczeniu pięćdziesiątego roku życia. A oni w wieku dwudziestu paru
lat stawali się sanjasinami, ludzie padali przed nimi na twarz, zaczynali
przyjmować uczniów i sprawować funkcję alfy i omegi. Taka wysoka pozycja
napędzała ego tych osób. Miałem takie doświadczenie, że ktoś mi powiedział:
"Jak ty możesz mnie krytykować, mistrza duchowego?" Mówiło się o czymś takim
jak "fałszywe ego" - o dumie itp. I większość tych guru, których ja spotkałem,
żyła otoczona czcią osób świętych. Mówiło się, że to są "osoby święte, żyjące
ideały". Potem inni uczniowie Prabhupady, którzy próbowali sprawować taką
rolę, byli strofowani, bo zostało ich kilkudziesięciu, może kilkuset i
właściwie każdy mógłby sprawować funkcję guru. Była jeszcze kwestia kobiet,
które były bardzo poniżane. Mówiło się na przykład, że "można uderzyć bęben,
psa i kobietę".
Ja: Praktykowało się?
B.b.: Nie, ale to były takie hasła. Potem kobiety, znacznie bardziej inteligentne
i życiowe, przebiły się przez to i dawały wykłady, czy zaczęło się mówić, że w
sukcesji Waisznawy były też jakieś mistrzynie. Dochodziło do fanatyzmu i
neofictwa. Z jednej strony ludzie nagle negowali całe swoje życie. Twierdzili,
że wszystko było bez sensu i teraz mieli coś o wiele lepszego, wchodzili w to
i stawali się fanatykami.
Ja: I to zdarzało się powszechnie?
B.b.: To było powszechne i doprowadzało np. do niedożywienia. Taki bramin, który
w zimie mógł jeść tylko produkty gotowane na ogniu przez innych braminów, nie
mógł zjeść chleba czy płatków, bo były poddane obróbce cieplnej, co
sprawiało, że przejmowały złe uczynki karmitów i by się zanieczyścił. No to
zjadł banana na przykład, popił jogurtem na ulicy i był przeziębiony. Na
początku była jeszcze taka kwestia: Można jeść czekoladę, czy nie można? Można
- ale tylko białą, bo jest bez kakao. Potem któryś z uczniów Prabhupady
stwierdził, że można zjeść tę czekoladę - było święto. Ten rygoryzm na
początku był bardzo duży, bo na przykład braminom - czyli osobom po drugiej
inicjacji - nie wolno było jeść nieinicjowanego jedzenia (ugotowanego przez
nieinicjowane osoby - przyp.). O osobie, która jadła tylko jedzenie ugotowane przez
osoby inicjowane mówiło się, że ma "wysoki standard". A co do spłaszczenia
biegunów, to mam na myśli to, że było bardzo mało przeciętnych osób. Z jednej
strony były osoby bardzo uduchowione i rzeczywiście zaangażowane w to. A do
kierownictwa dostawali się często ludzie, którzy mieli niskie pobudki - można
powiedzieć, że despotyczni. Kiedy daje się władzę absolutną nie tylko nad
funkcjonowaniem, ale też nad duszą innego człowieka, kto podejmie taką
funkcję? Osoba skromna się wycofa. A pojawi się osoba, która ma rozbudowane
własne ego i ta pozycja będzie je cały czas nadmuchiwać. W końcu - pach!
Pękała bańka i okazywało się, że ten, czy inny święty upadł. Czyli zrobił
jakąś rzecz życiową, ale która nie przystawała wielbicielowi o tym ciężarze
gatunkowym.
Ja: A jaki wpływ takie wypadki miały na wspólnotę bhaktów?
B.b.: Miały taki wpływ, że kiedy upada twój guru, w którego jesteś zapatrzony,
pojawia się poważny dylemat. Wielu wtedy odchodzi, inni rozluźniają swoją
praktykę. Te upadki guru były w pewien sposób normalizującym czynnikiem. Po
tym jak jeden guru upadł, pojawiały się wątpliwości, czy przyjąć kolejnego
guru. Ten ruchu wyrobił sobie reguły w bardzo krótkim odcinku czasu -
Prabhupada przypłynął w 1967 albo 1965 roku, odszedł około 1980 i to wszystko
nie było oparte na jakiejś długiej tradycji, jak największe religie, czy nawet
sam hinduizm "u siebie".
Ja: I potem nikt nie mógł sprostać tym wprowadzanym na szybko zasadom, tak?
B.b.: Może nie na szybko, one miały jakieś uzasadnienie w tradycji. Potem się
jednak okazywało, że na przykład bengalscy mistrzowie, którzy tworzyli ten
łańcuch, jednak jedli mięso czy ryby. Ciężko mi powiedzieć, jak to jest
teraz. Ja taki ścisły kontakt straciłem wiele lat temu i obserwuję z
sentymentu przez strony internetowe. Stamtąd też wiem, że bhaktowie założyli
fundację "Viva Kultura", która promuje wedyjski styl życia. Jest to ściśle
związane z bhaktami, a na kilkudziesięciu stronach nie ma ani jednej wzmianki
o Krysznie. Wszystko jest tam tak wycukierkowane, że jest to neutralna
fundacja. Gdzieś w jednym zdaniu pojawia się "Kryszna". A wcześniej uważano,
że tekst - nawet krytyczny - jest dobry, jeśli pojawia się w nim często słowo
"Kryszna", bo samo to słowo oczyszcza ten tekst i nadaje mu głębszy wymiar. To
też świadczy o zmianie sposobu działania. Najpierw pozyskiwało się ludzi przez
programy, czy przez intonowanie Maha Mantry na
ulicach w oryginalnych strojach, z odpowiednim uczesaniem i makijażem. Warto
tu też chyba wspomnieć o pewnym odłamie. Mianowicie, jeden z uczniów
Prabhupady uznał siebie za jedynego spadkobiercę swojego mistrza i założył
coś, co nazywa się "Misja Czaitanii". Jest to super-sekciarska wersja. Chociaż
założyciel zrezygnował ze strojów, zwyczajów i kuchni, a Maha Mantrę śpiewa
się przy gitarze zamiast tradycyjnych instrumentów, wyznawcy są kilka razy
bardziej fanatyczni od bhaktów. Były głośne procesy, gdy np. jeden z uczniów
oskarżył swoich rodziców o to, że na coś mu nie pozwalali. Pojawiały się też
żenujące filmy dokumentalne.
Ja: To chyba właśnie Misji Czaitanii przytemperowała propagandę ośrodków
antykultowych?
B.b.: Powiem tak: Misja Czaitanii to zupełny prymitywizm. Ja się dziwię, że
ludzie byli w stanie za tym pójść, bo to było rozwodnienie tego krysznaizmu.
Uczynili go bardziej przystępnym, mniej ortodoksyjnym, ale wyszło to
strasznie.
Ciężki był przypadek Wojciecha Cejrowskiego, który prowadził kiedyś
audycję "WC Kwadrans", zaprosił do siebie jednego z liderów ruchu Hare Kryszna
i strasznie go tam skompromitował publicznie. Był taki moment tego ruchu
antykultowego w Polsce, kiedy dominikanie założyli swoje Centrum Informacji o
Sektach i Nowych Ruchach Religijnych; kilku posłów forsowało ustawy, żeby nas
zdelegalizować - wtedy była bardzo ostra nagonka. W tym momencie ja właśnie
odchodziłem od tej filozofii, to były lata 90-te. Wtedy było bardzo ostro,
wiele różnych artykułów. Z jednej strony najpierw był zachwyt "A tu tacy fajni
ludzie są", a potem "Bum!" i "przyładowali" jakimiś raportami Unii Europejskiej
o "sektach destrukcyjnych". Wtedy właśnie pojęcie "sekty destrukcyjnej" się
pojawiło. Teraz Uniwersytet Jagielloński ma swoją katedrę religioznawstwa,
gdzie prowadzą badania nad buddyzmem, hinduizmem, nad różnymi ruchami. Różne
przepychanki akademickie teraz tam mają miejsce.
Sami bhaktowie to przyznają,
że najlepszą formą oceny jest "po owocach ich poznacie", cytując ewangelie.
Jeżeli ruch jest - jak to się mówiło - bona fide, czyli autentyczny, to będzie
pomnażał swoje szeregi. Patrząc z tego punktu widzenia jest to już jakiś
niewidoczny margines. W moich czasach ludzie wiedzieli, co to jest "Hare
Kryszna". Jak ja sprzedawałem książki, ludzie kojarzyli, chociażby z
programami. Jak już mówiłem, w jednym roku tych programów zrobiliśmy dwieście w
okolicach Gdańska. Pamiętam, że nawet na osiedlu ludzie wiedzieli, co to jest.
Teraz już jakoś nie. Przez pewien czas bhaktowie pojawiali się przy okazji
Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w studiu. Ostatnio próbowałem ich
dojrzeć i nie udało mi się. Zapowiadana była ekspansja - "W każdym mieście, w
każdej wiosce słyszana będzie Maha Mantra". I rzeczywiście, przez pewien okres
dużo osób słuchało, ale teraz to ucichło. W Gdańsku na przykład nie ma żadnego
ośrodka, nawet mieszkania. A kiedy ja tam działałem, był cotygodniowy program
niedzielny z ucztą. Był mały ośrodek, potem większa świątynia, czyli mieliśmy
formalnie tutaj jakiś status. Teraz pozostało tylko Mysiadło koło Warszawy,
może jeszcze Kraków, może coś we Wrocławiu i jeszcze farma. Książki się nie
sprzedają z tego co wiem. Za duża konkurencja jest na rynku.
Ja: Na rynku religii, czy na rynku książek?
B.b.: Na rynku książek o, nazwijmy to, duchowym wymiarze. Pamiętam, że kiedyś
jedna osoba była w stanie w ruchliwym miejscu sprzedać 20-30 dużych książek,
czyli kilkusetstronicowych w sztywnej oprawie. Było takie współzawodnictwo,
prowadzono miesięczne rankingi. Była inna liczba punktów za duże książki, inna
za małe i była ostra rywalizacja. Były grupy podróżujące, miały swojego busa.
Spali w środku, w dzień wychodzili i sprzedawali książki jeżdżąc po różnych
regionach. Pamiętam, że mieliśmy kilka tysięcy książek w ogromnych paletach w
naszym magazynie pod Wrocławiem. Twierdziło się, że jeśli nie liczyć Biblii,
to Prabhupada jest najczęściej czytanym na świecie autorem. I rzeczywiście, w
skali Europy czy Świata ich nakłady były milionowe. Te książki miały również
budować największą na świecie świątynię wedyjskiego planetarium, chyba w
Majapur. Jakoś ten pomysł upadł.
Ciekawe, że nasi polscy bhaktowie jeździli do
Indii, żeby tam przywrócić tę kulturę, a spotykali się raczej z wrogim
przyjęciem ze strony tych hindusów. Są na świecie miejsca, gdzie w ogóle nie
przyjmuje się Europejczyków do świątyń, mimo że są to bhaktowie, czyli osoby,
które tę tradycję praktykują.
Tagi: rozmowa, iskcon, hare kryszna
skomentuj (0)
Minęło trochę czasu, od kiedy miałem niewątpliwą przyjemność zapoznać się z
Księgą Mormona - świętą księgą Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach
Ostatnich, którego członków powszechnie nazywa się mormonami. Jeśli ktoś nigdy o
niej nie słyszał: W pierwszej połowie XIX wieku Joseph Smith Jr., Amerykanin,
miał doznać objawienia. Dzięki niemu odnalazł metalowe płyty zawierające kroniki
ludu, który w zamierzchłej przeszłości odłączył się od Izraela i skolonizował
obie Ameryki. Oczywiście, kroniki nie były zapisane po angielsku. Prorok był
jednak w stanie dzięki natchnieniu je przetłumaczyć. Jednak nawet gdyby nie
natchnienie, są jeszcze tranlatory - magiczne przedmioty, o których dowiadujemy
się z samej Księgi, zesłane przez Boga. Płyty dystrybuowano z nimi, aby ułatwić
potencjalnemu znalazcy zrozumienie ich treści. W komplecie było jeszcze coś w
rodzaju magicznego kompasu, ale nie jestem pewien, co się z nim stało.
Bóg przedstawiony na kartach Księgi Mormona niemal w żadnym aspekcie nie
przypomina prymitywnego, zakompleksionego i odrażającego boga o przerośniętym
ego, którego znamy ze Starego Testamentu. Jehowie w wydaniu Josepha Smitha
bliskie są idee wolności słowa, pacyfizmu, równości wszystkich ludzi wobec
prawa. Nie każe mordować wszystkich innowierców, składać sobie ofiar z ludzi;
nie pozwala na wielożeństwo. Nie można też posiadać niewolników! Bóg nie wymaga
nawet specjalnych przywilejów - wystarczy mu, aby jego wyznawcy nie byli
prześladowani. Nie powinno to wszystko jednak dziwić - wszak Księga została
"odkryta" przez wolnomularza; w kraju, który był odpowiedzią na wszechobecny w
Europie ucisk ze strony ludzi mocno związanych z panującą religią.
A jednak pomimo tych wszystkich różnic znajdziemy w Księdze Mormona kilkukrotnie
powtórzone stwierdzenie, że nie ma żadnych różnic między jej przesłaniem, a
przesłaniem Starego i Nowego Testamentu. Trochę te zapewnienia wyglądają
kuriozalnie, a czasami wręcz - zapewne wbrew intencji autora - wprowadzają do
tekstu element komiczny i każą go traktować z przymrużeniem oka. Dzięki temu
jednak Jeszcze Jedno Świadectwo o Jezusie Chrystusie - bo tak brzmi
podtytuł książki - czytało mi się jeszcze przyjemniej. Bo niby bóg ten sam, a
jednak taki jakiś mniej nienawistny, że nawet można by go polubić.
Nie tylko zresztą Bóg dostosował się do naszych czasów, przestrzegając naszych
standardów moralnych. Wśród ludów, których dzieje przedstawia Księga Mormona (w
czasie od VI w. p.n.e. do V w. n.e.) nie brakowało ludzi myślących bardzo
trzeźwo, również ateistów. Co ciekawe, nie są oni obiektem kpin. Wręcz
przeciwnie - czytając ich wypowiedzi, można nabrać poważnych wątpliwości (jeśli
wcześniej się ich nie miało) co do zdolności intelektualnych proroków i
wiernych, wśród których żyją. Przykład:
I Moroni wiedział, ze Lamanici chcą albo zniszczyć swych braci, albo wziąć
ich w niewolę i ustanowić swoje królestwo w całym kraju. I wiedział też, że
jedynym pragnieniem Nefitów jest zachowanie swej ziemi, swej wolności i swego
Kościoła, dlatego uważał, że nie ma w tym grzechu, jeśli będzie ich bronił
używając podstępu. I gdy dowiedział się od swych wywiadowców, w którym kierunku
zdążali Lamanici, rozdzielił swą armię i sprowadził część armii do tej doliny
ukrywając ich na wschodnim i południowym zboczu wzgórza Riplah, a resztę armii
ukrył w zachodniej części doliny, na zachód od rzeki Sidon, a więc w granicach
Manti. I rozmieściwszy armie według swego planu, Moroni był przygotowany na
spotkanie z Lamanitami. (...) I po obu stronach śmierć zaczęła swe żniwo, ale
było ono straszliwsze po stronie Lamanitów, gdyż w swej nagości byli bardziej
narażeni na ciężkie ciosy Nefitów zadawane mieczami i bułatami, przynoszące
śmierć prawie za każdym uderzeniem. Tymczasem po stronie Nefitów tylko od czasu
do czasu padał ktoś od uderzeń miecza i z upływu krwi, gdyż byli dobrze
zabezpieczeni swymi pancerzami, tarczami i hełmami przed uderzeniami Lamanitów.
I tak Nefici dokonywali żniwa śmierci pośród Lamanitów. (Al. 43:29-38)
Jak już sobie chłopaki pomachali mieczami, przyszedł czas na rozmowę: Teraz
widzisz, Zerahemnaszu, że Pan jest z nami i że wydał was w nasze ręce. Chcę,
abyś zrozumiał, że tak nam się stało za przyczyną naszej religii i naszej wiary
w Chrystusa. Widzisz teraz, że nie jesteście w stanie zniszczyć tej naszej
wiary. Widzisz teraz, że jest to prawdziwa wiara w Boga i że Bóg wspomoże,
podtrzyma i zachowa nas, jak długo będziemy Mu wierni, oddani naszej wierze i
naszej religii. I nigdy Pan nie pozwoli, abyśmy zostali zniszczeni, jeśli nie
popadniemy w grzech i nie będziemy postępować wbrew naszej wierze. (Al.
44:3-4)
Zerahemnasz nie był chyba jednak co do tego przekonany, bo odpowiedział: Oto
nie należymy do waszej wiary, nie wierzymy, że to Bóg wydał nas w wasze ręce.
Uważamy, że to wasza przebiegłość uratowała was od naszych mieczy. To wasze
pancerze, tarcze i hełmy zachowały wam życie. (Al. 44:9)
Podejrzewam, że lektura tej i jej podobnych wypowiedzi miała w pewien sposób
przygotować wiernych na zetknięcie w codziennym życiu z opinią sceptyków.
Niejako zaszczepić ich wiarę przeciwko trzeźwemu myśleniu. Spodziewałbym się
jednak efektu wręcz odwrotnego - niepewność mogłaby narastać nawet w umyśle
średnio rozgarniętego członka Kościoła.
Znaleźć też w Księdze możemy znajomo brzmiącą retorykę szeroko rozumianej
prawicy, wraz z niepojętymi akrobacjami logiczno-semantycznymi nad pojęciami
"wolności", "prawa" i im podobnymi. Mój ulubiony przykład:
Jednakże pokój nie trwał długo, gdyż powstał spór co do naczelnego sędziego
Pahorana. Oto grupa Nefitów chciała zmienić pewne punkty prawa, a Pahoran nie
chciał na to pozwolić i odrzucał petycje tych, którzy posyłali do niego swe
głosy domagając się zmiany prawa. I ci, którzy dążyli do zmiany prawa,
rozgniewali się na niego i chcieli usunąć go z urzędu naczelnego sędziego w
kraju, dlatego powstał o to spór, ale bez rozlewu krwi. I tych, którzy chcieli
usunąć Pahorana z urzędu sędziego, nazwano rojalistami, gdyż chcieli zmienić
prawo obalając rządy ludu i ustanawiając króla. Tymczasem ci, którzy chcieli, aby
Pahoran pozostał naczelnym sędzią w kraju, przyjęli nazwę wolnościowców. I tak
powstał między nimi rozdział, gdyż wolnościowcy przysięgli i obiecali bronić
swych praw i przywilejów swej religii zachowując rządy ludu. I stało się, że
rozstrzygnięto ten spór głosowaniem ludu. I głos ludu był za wolnościowcami, i
Pahoran pozostał naczelnym sędzią ku wielkiej radości jego braci oraz wielu
wolnościowców. I uciszyli oni rojalistów, że nie odważyli się stawiać oporu, ale
zostali zobowiązani popierać sprawę wolności. (Al. 51:2-7)
Żeby jeszcze nie było żadnych wątpliwości, kto w tym sporze ma rację, jesteśmy
informowani, że: A ci, którzy opowiadali się za ustanowieniem króla,
pochodzili z wysokich rodów i sami chcieli zostać królami. I popierali ich ci,
którzy chcieli sprawować rządy nad ludem. (Al. 51:8)
A skoro tak, to niewątpliwie zasłużyli sobie na to, co ich spotkało: I gdy
rojaliści dowiedzieli się, że Lamanici przychodzą walczyć z Nefitami, ucieszyli
się z tego i odmówili udziału w obronie, bowiem tak byli rozgniewani na
naczelnego sędziego i wolnościowców, że nie chcieli bronić swego kraju. I gdy
Moroni dowiedział się o tym oraz że Lamanici wkraczają do kraju, opanował go
wielki gniew na upór ludzi, dla których tak się trudził, by ich obronić.
Rozgniewał się na nich i wysłał petycję z żądaniami ludu do naczelnika państwa
pragnąc, aby je ogłosił i dał mu, to jest Moroniemu, władzę, aby ich zabić,
jeśli nie uda się zmusić ich do obrony kraju. Albowiem Moroni chciał przede
wszystkim położyć kres takim sporom i rozłamowi pośród Nefitów, bo jak dotąd
były one przyczyną wszystkich ich klęsk. I stało się, że zgodnie z żądaniami
ludu przyznano mu taką władzę. I Moroni nakazał swej armii pójść walczyć z
rojalistami, zdławić ich dumę i wyniosłość i zrównać ich z ziemią, jeśli nie
staną w obronie wolności. I stało się, że armie pomaszerowały przeciwko
rojalistom, i zostali oni poniżeni w swej dumie i poczuciu wyższości, albowiem
gdy podnosili broń, by walczyć z ludźmi Moroniego, zabijano ich i równano z
ziemią. Cztery tysiące spośród nich zginęło od miecza, a dowódców, którzy nie
polegli w bitwie, pojmano i wtrącono do więzienia, gdyż nie było wówczas czasu
na sądzenie ich. Pozostali rojaliści, aby nie zginąć od miecza, wybrali poparcie
dla hasła wolności i zostali zobowiązani wywiesić sztandary z hasłem wolności na
swych wieżach i w miastach oraz bronić swego kraju. (Al. 51:13-20)
Dzięki takim kwiatkom (znów - czasami wbrew intencji autora komicznym) lektura
Księgi Mormona sprawiała jeszcze więcej przyjemności.
Ostatnim ważnym aspektem, który wg mnie warto poruszyć jest różnica w formie. W
tej książce nie znajdziemy nudnych do bólu wyliczeń, statystyk i powtórzeń, tak
obficie występujących np. w Księdze Sędziów, czy Księdze Liczb. Dzięki temu,
nawet jeśli świętość Księgi Mormona nie jest dla nas atutem przemawiającym za
zapoznaniem się z nią, można ją poczytać dla samej tylko fabuły - nie jest może
porywająca, ale w wielu miejscach można się naprawdę wciągnąć.
Zdecydowanie polecam lekturę Księgi - warto się przekonać, że chrześcijaństwo
nie musi być tak bardzo oparte na zdezaktualizowanych mitologiach. Że można
porzucić starych bogów, na rzecz nowego - ucywilizowanego i serdecznego Boga
wyplutego przez popkulturę. I że pomimo groteskowości niektórych zabiegów, ten
nowy twór może wzbudzić sympatię.
Tagi: chrześcijaństwo, biblia, święte teksty, mormoni, kościół jezusa chrystusa świętych w dniach ostatnich
skomentuj (0)
Przede wszystkim przepraszam, że tak długo nie dawałem znaku życia. Zwłaszcza Namidę i Generała, którzy pofatygowali się, aby skomentować poprzednie nagranie. Powinienem był coś napisać, chociażby w komentarzu, ale przez dość długi czas myślałem, że lada moment skończę kompletować materiał do nowej notki - jak się okazało, "trochę" się to przeciągnęło.
Ponieważ nikt nie narzekał pod ostatnim nagraniem (a niektórzy nawet je odsłuchali :)), kolejna notka również w formie głosowej. Wydaje mi się, że wyszło znacznie lepiej, niż poprzednio. W przyszłości chyba będę robił tak: relacje ze spotkań i wizyt w świątyniach będą w formie głosowej, a pozostałe notki (np. wrażenia po lekturze "świętych tekstów") - w tradycyjnej formie tekstowej.
Można też pobrać nagranie i odsłuchać później. Polecam format Ogg Vorbis (23 MB), który jest znacznie lepszy lub - jeśli Wasz odtwarzacz go nie obsługuje - format MP3 (14 MB).
Warto zajrzeć:
http://zen.pl/ - strona szkoły Kwan Um oraz świątyni, w której byłem.
http://pl.wikipedia.org/wiki/Zen - artykuł w Wikipedii o buddyzmie Zen.
http://pl.wikipedia.org/wiki/Son - artykuł w Wikipedii o koreańskim Zen.
http://przebudzeni.pl/ - strona programu "Buddyzm w więzieniu".
Książka Bezdźwięczny głos jednej klaszczącej dłoni, Groening Lies - wspomnienia z pobytu w japońskiej świątyni Zen.
Film Zen Noir - nie może stanowić źródła informacji, ale jest... intrygujący.
koan lub kongan - warto sprawdzić znaczenie tego słowa.
Muzyka wykorzystana w nagraniu:
Piter - HuHuHu (czołówka)
Jaime Heras - Los dias olvidados
Jaime Heras - La esperanza
Jaime Heras - Tema de "Un paseo por Archena"
Licencja tego nagrania:

Podcast Sekty - Wizyta w świątyni Zen by Wojciech Wolny is licensed under a Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 2.5 Polska License.
Tagi: spotkanie, buddyzm, zen, podcast, kwan um
skomentuj (3)
Niespodzianka :) Dzisiejszej notki nie można przeczytać, ale można posłuchać. Technicznie wyszło o wiele gorzej, niż się spodziewałem, ale mam nadzieję, że nadrabiam poziomem merytorycznym. Odcinek nagrywałem etapami i miejscami przesadziłem z montażem, więc może być bardzo nierówny.
Można posłuchać bezpośrednio na stronie:
albo ściągnąć plik. Polecam w formacie Ogg (21 MB). Jeśli nie masz odtwarzacza, który potrafiłby go otworzyć, jest też wersja w formacie MP3 (53 MB).
Materiały związane z Tipitaką, które warto poczytać lub posłuchać:
http://tipitaka.pl/ - kilkadziesiąt wybranych sutt dobrze przetłumaczonych na polski
Sutty, o których wspomniałem w nagraniu:

Tagi: buddyzm, podcast, święte teksty, tipitaka, theravada
skomentuj (3)
Długo nie dawałem znaków życia, a i teraz napiszę tylko kilka zdań. Na swoje usprawiedliwienie mam jedno słowo: sesja.
Udało mi się jednak dowiedzieć trochę więcej o grupie, którą opisywałem w poprzedniej notce. Mikołaj - bo tak ma na imię mój sąsiad, z którym rozmawiałem - mówił co prawda tylko o swojej wierze, ale odnoszę wrażenie, że wśród jego "sióstr i braci" nie ma pod tym względem dużych różnic. Warto tutaj od razu wspomnieć o źródłach jego wiary i wiedzy na tematy teologiczne. Nikt podobno go tego nie uczył, nic mu nie tłumaczył. Twierdził natomiast, że wystarczy czytać Biblię oraz próbować żyć według niej (choć, o czym już ostatnio wspomniałem, wybiórczo), a zrozumienie różnych spraw pojawia się (a może raczej spływa) samo. Mikołaj podkreślił też, że nigdy nie mówi o rzeczach, których nie wie, choć jego wiedza właśnie dzięki studiowaniu Biblii oraz aplikowaniu jej w codziennym życiu nieustannie się poszerza.
Mogłem się przekonać na własnej skórze o prawdziwości części tych zapewnień - kiedy wypytywałem szczegółowo o pozycję Jezusa, Mikołaj przyznał, że nie jest w stanie odpowiedzieć mi na pewne pytanie. Zaraz potem, gdy chciałem się czegoś dowiedzieć na temat kosmologii, poszedł po swój egzemplarz Biblii, a następnie długo szukał fragmentu, na który chciał się powołać. Choć pamiętał dobrze jego przesłanie, stwierdził, że zawsze "bezpieczniej" jest tłumaczyć z tekstem lub, jak to on określił, ze Słowem. Wyraźnie też wolał mówić o kwestiach, które są jasno i precyzyjnie przedstawione w pewnych fragmentach Biblii.
Pora więc streścić, czego się dowiedziałem. Przede wszystkim, za prawdziwą uznaje się mitologię wypływającą z Nowego Testamentu oraz - przynajmniej w części - ze Starego Testamentu. Jezus czynił cuda, umarł za grzechy ludzi i zmartwychwstał. Istnieją anioły i święci, choć - jak rozumiem - ci ostatni nie są obiektem kultu. Królestwo Boże istnieje już tu na ziemi i człowiek, który należy do niego w czasie swojego życia, ma się w nim znajdować również po śmierci. Istnieje też piekło, nie istnieje natomiast czyściec.
Choć istnieją pewne absolutne zasady moralne, nie są one nigdzie skodyfikowane. Jak to stwierdził mój rozmówca, najważniejsza jest miłość do Boga i to z niej wypływa moralne zachowanie. Kiedy natomiast przykazania są podane w formie nakazów i zakazów, to "już nie jest miłość, tylko religia". Bóg, podobnie jak to jest z wiarą, obdarza człowieka zrozumieniem tego, co jest dobre, a co złe. I choć chce zbawić wszystkich, trzeba się na to choć trochę otworzyć. Niektórych jednak wybiera "bardziej" (czego przykładem mają być prorocy), a to można poznać po postępowaniu danego człowieka.
I tu dochodzimy do stosunku do innych kościołów. Postanowiłem się dowiedzieć na ten temat co nieco po komentarzu Generała Lee pod poprzednią notką. Mikołaj nie chciał wyrazić opinii na temat innych wspólnot. To musiałoby się wiązać z ocenianiem więzi między ich członkami, a Bogiem, a tego wolał uniknąć. Nie udało mi się też uzyskać słowa komentarza na temat ich doktryn. Jak twierdzi, po prostu dlatego, że ich nie zna. Skrytykował jednak praktykę wybierania przez ludzi przywódców religijnych. Według niego powinno się to zadanie pozostawić Bogu. Tym bardziej, że jak mają pokazywać przykłady z Biblii, Bóg najczęściej wybierał sobie ludzi prostych, według nieznanego nikomu klucza, a najwyższe stanowiska religijne piastują najczęściej osoby dobrze wykształcone, nierzadko z wyżyn społecznych.
Tagi: chrześcijaństwo, grupy bez nazwy
skomentuj (2)
Kolejna notka miała być o Świadkach Jehowy, ale plany troszkę się zmieniły. Już jakiś czas temu dowiedziałem się, że jeden z sąsiadów organizuje w moim akademiku wspólne czytanie Biblii. Niespodzianka to bardzo miła, zwłaszcza że wobec zbliżającej się wielkimi krokami sesji egzaminacyjnej cierpię na chroniczny deficyt wolnego czasu, a dojazdy do świątyń konsumują ogromne ilości tegoż. Ów sąsiad (niestety, pomimo usilnych prób, nie udało mi się zapamiętać imienia) nie uważa się za wyznawcę jakiejkolwiek grupy religijnej, ale nazywa siebie (jak również swoich "braci i siostry") chrześcijanami.
Spotkanie odbyło się w kuchni akademika. Mogę śmiało powiedzieć, że czułem się jak u siebie :) Oprócz nas dwóch był jeszcze jeden mężczyzna (jego imienia niestety również nie udało mi się zapamiętać), któremu mówienie po polsku sprawiało wyraźną trudność. Tak więc poza mną nie przyszedł nikt spoza tej "wspólnoty".
Plan spotkania był bardzo prosty: Najpierw modlitwa - ta wyraźnie nie pochodziła z żadnego modlitewnika, ale nie mogę też powiedzieć, żeby była spontaniczna. Miałem wrażenie, że tego typu modlitwy były już odmawiane wielokrotnie, przez co stały się schematyczne. Obaj "gospodarze" modlili się oddzielnie, jeden po drugim. Następnie pieśni: ciężko mi powiedzieć, skąd pochodziły. Tekst był w języku angielskim oraz polskim - ten ostatni był po prostu tłumaczeniem oryginału. Sam się nie włączyłem, bo w tak małym gronie i przy moim głosie byłoby mi głupio, a poza tym moja wymuszona przygoda z rzymskim katolicyzmem zostawiła wspomnienia na tyle nieprzyjemne, że do różnych chrześcijańskich form kultu podchodzę z niechęcią. Po tym punkcie programu oraz ponownej modlitwie, przeszliśmy do meritum.
Mój sąsiad powiedział, który fragment będziemy czytali oraz wyjaśnił, że będziemy to robili po kolei - każdy po jednym wersie. Skoczyłem szybko po swój egzemplarz Biblii ("Biblia tysiąclecia", przez Mariusza Agnosiewicza nazwana swego czasu "Biblią tysiąca błędów", choć ciężko mi powiedzieć, czy to tylko jego złośliwość, czy rzeczywiście zasługuje na takie miano) i mogliśmy zaczynać. Niestety, moje tłumaczenie wyraźnie różniło się od tych, z których korzystali członkowie wspólnoty, co zmuszało do trochę większego wysiłku - bo ciężko jest słuchać wypowiedzi, jednocześnie śledząc tekst zawierający tę samą kwestię, ale w mocno przeredagowanej formie. Gdy już przebrnęliśmy przez cały fragment, chłopak, który to organizował zaczął czytać go od nowa, tym razem po każdym wersie komentując go. Forma komentarzy była bardzo nieatrakcyjna - w przeważającej części były to po prostu czytane z zeszytu notatki. W dodatku czytający często się zacinał, gubił w nich i w ogóle nie podnosił znad zeszytu oczu. Szalenie mi się to spodobało :) Poważnie! - nikt nie starał się na siłę atrakcyjnie opakować swoich poglądów (Promocja! Paczka anegdot, pół litra obrazowych metafor + 0.25 kg teologii gratis) i sprzedać ich za wszelką cenę. I nawet świadomość, że pewnie bardziej wynikało to z nieumiejętności, niż powagi, nie umniejsza mojego podziwu. Niestety, gorzej było już z treścią. Wielu kwestii nie byłem nawet w stanie zrozumieć moim ateistycznym rozumkiem. Jeśli już udawała mi się ta sztuka, nie byłem w stanie doszukać się czegoś nowego, czy odkrywczego. Gdy skomentowany został ostatni wers czytanego przez nas fragmentu, przyszedł czas na krótką modlitwę i "oficjalna" część spotkania dobiegła końca. Teraz mogłem pytać :)
Skoro chrześcijanie, których spotkałem nie uważają się za grupę religijną, nie biorą udziału w żadnych rytuałach. Ciekawe, że porównują siebie do pierwszych chrześcijan, a mimo to nie
praktykują nawet eucharystii. Wspólnota spotyka się co niedzielę na
nabożeństwie, którego przebieg jest wg nich podobny do spotkania, w którym uczestniczyłem. Oczywiście, nie ma żadnej hierarchii, a sama wiara nie jest w żaden sposób skodyfikowana. Nawet gdy nazywałem jego wierzenia religijnymi, mój sąsiad protestował. Może rzeczywiście wobec braku jakiegokolwiek formalizmu nie jest to najodpowiedniejsze określenie. Twierdził jednak, że nie mówi o tym, w co wierzy, ale o tym, co wie. Ta wiedza ma wynikać z jego osobistego doświadczenia (a nie np. z zaufania autorytetom, lektury, objawienia, czy intuicji). Z tego doświadczenia wynika też przekonanie o dobroci Boga, a co za tym idzie, również o dobroci starotestamentowego Jahwe. Hmm... choć nawet nie jestem blisko ukończenia lektury Starego Testamentu, ciężko mi zrozumieć, jak w ogóle można przypisywać JHWH cały wachlarz pozytywnych cech, zwłaszcza tych, które w naszej kulturze budzą podziw, a w czasach autorów Biblii najwyraźniej były oznaką słabości. Sprawa trochę się rozjaśniła, gdy mój rozmówca stwierdził, że nie trzeba czytać całej Biblii, a wystarczy skupić się na wybranych fragmentach.
Gdy teraz to piszę, sam się dziwię, że nie zapytałem o wiele palących kwestii: podstawy teologii (stosunek do trynitaryzmu i w ogóle zarys kosmologii, życie po śmierci, istnienie i natura duszy, podejście do zdobyczy nauki) oraz obowiązujących zasad moralnych (o ile takowe są). Na szczęście, nie mam daleko do gospodarza spotkania, więc chyba zdążę chociaż o część tych kwestii zapytać jeszcze w tym roku akademickim.
Tagi: spotkanie, chrześcijaństwo, zwyczaje, grupy bez nazwy
skomentuj (2)