Księga Mormona, Jeszcze Jedno Świadectwo o Jezusie Chrystusie 2009-11-16 09:20:23

Minęło trochę czasu, od kiedy miałem niewątpliwą przyjemność zapoznać się z Księgą Mormona - świętą księgą Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich, którego członków powszechnie nazywa się mormonami. Jeśli ktoś nigdy o niej nie słyszał: W pierwszej połowie XIX wieku Joseph Smith Jr., Amerykanin, miał doznać objawienia. Dzięki niemu odnalazł metalowe płyty zawierające kroniki ludu, który w zamierzchłej przeszłości odłączył się od Izraela i skolonizował obie Ameryki. Oczywiście, kroniki nie były zapisane po angielsku. Prorok był jednak w stanie dzięki natchnieniu je przetłumaczyć. Jednak nawet gdyby nie natchnienie, są jeszcze tranlatory - magiczne przedmioty, o których dowiadujemy się z samej Księgi, zesłane przez Boga. Płyty dystrybuowano z nimi, aby ułatwić potencjalnemu znalazcy zrozumienie ich treści. W komplecie było jeszcze coś w rodzaju magicznego kompasu, ale nie jestem pewien, co się z nim stało.

Bóg przedstawiony na kartach Księgi Mormona niemal w żadnym aspekcie nie przypomina prymitywnego, zakompleksionego i odrażającego boga o przerośniętym ego, którego znamy ze Starego Testamentu. Jehowie w wydaniu Josepha Smitha bliskie są idee wolności słowa, pacyfizmu, równości wszystkich ludzi wobec prawa. Nie każe mordować wszystkich innowierców, składać sobie ofiar z ludzi; nie pozwala na wielożeństwo. Nie można też posiadać niewolników! Bóg nie wymaga nawet specjalnych przywilejów - wystarczy mu, aby jego wyznawcy nie byli prześladowani. Nie powinno to wszystko jednak dziwić - wszak Księga została "odkryta" przez wolnomularza; w kraju, który był odpowiedzią na wszechobecny w Europie ucisk ze strony ludzi mocno związanych z panującą religią.

A jednak pomimo tych wszystkich różnic znajdziemy w Księdze Mormona kilkukrotnie powtórzone stwierdzenie, że nie ma żadnych różnic między jej przesłaniem, a przesłaniem Starego i Nowego Testamentu. Trochę te zapewnienia wyglądają kuriozalnie, a czasami wręcz - zapewne wbrew intencji autora - wprowadzają do tekstu element komiczny i każą go traktować z przymrużeniem oka. Dzięki temu jednak Jeszcze Jedno Świadectwo o Jezusie Chrystusie - bo tak brzmi podtytuł książki - czytało mi się jeszcze przyjemniej. Bo niby bóg ten sam, a jednak taki jakiś mniej nienawistny, że nawet można by go polubić.

Nie tylko zresztą Bóg dostosował się do naszych czasów, przestrzegając naszych standardów moralnych. Wśród ludów, których dzieje przedstawia Księga Mormona (w czasie od VI w. p.n.e. do V w. n.e.) nie brakowało ludzi myślących bardzo trzeźwo, również ateistów. Co ciekawe, nie są oni obiektem kpin. Wręcz przeciwnie - czytając ich wypowiedzi, można nabrać poważnych wątpliwości (jeśli wcześniej się ich nie miało) co do zdolności intelektualnych proroków i wiernych, wśród których żyją. Przykład:

I Moroni wiedział, ze Lamanici chcą albo zniszczyć swych braci, albo wziąć ich w niewolę i ustanowić swoje królestwo w całym kraju. I wiedział też, że jedynym pragnieniem Nefitów jest zachowanie swej ziemi, swej wolności i swego Kościoła, dlatego uważał, że nie ma w tym grzechu, jeśli będzie ich bronił używając podstępu. I gdy dowiedział się od swych wywiadowców, w którym kierunku zdążali Lamanici, rozdzielił swą armię i sprowadził część armii do tej doliny ukrywając ich na wschodnim i południowym zboczu wzgórza Riplah, a resztę armii ukrył w zachodniej części doliny, na zachód od rzeki Sidon, a więc w granicach Manti. I rozmieściwszy armie według swego planu, Moroni był przygotowany na spotkanie z Lamanitami. (...) I po obu stronach śmierć zaczęła swe żniwo, ale było ono straszliwsze po stronie Lamanitów, gdyż w swej nagości byli bardziej narażeni na ciężkie ciosy Nefitów zadawane mieczami i bułatami, przynoszące śmierć prawie za każdym uderzeniem. Tymczasem po stronie Nefitów tylko od czasu do czasu padał ktoś od uderzeń miecza i z upływu krwi, gdyż byli dobrze zabezpieczeni swymi pancerzami, tarczami i hełmami przed uderzeniami Lamanitów. I tak Nefici dokonywali żniwa śmierci pośród Lamanitów. (Al. 43:29-38)

Jak już sobie chłopaki pomachali mieczami, przyszedł czas na rozmowę: Teraz widzisz, Zerahemnaszu, że Pan jest z nami i że wydał was w nasze ręce. Chcę, abyś zrozumiał, że tak nam się stało za przyczyną naszej religii i naszej wiary w Chrystusa. Widzisz teraz, że nie jesteście w stanie zniszczyć tej naszej wiary. Widzisz teraz, że jest to prawdziwa wiara w Boga i że Bóg wspomoże, podtrzyma i zachowa nas, jak długo będziemy Mu wierni, oddani naszej wierze i naszej religii. I nigdy Pan nie pozwoli, abyśmy zostali zniszczeni, jeśli nie popadniemy w grzech i nie będziemy postępować wbrew naszej wierze. (Al. 44:3-4)

Zerahemnasz nie był chyba jednak co do tego przekonany, bo odpowiedział: Oto nie należymy do waszej wiary, nie wierzymy, że to Bóg wydał nas w wasze ręce. Uważamy, że to wasza przebiegłość uratowała was od naszych mieczy. To wasze pancerze, tarcze i hełmy zachowały wam życie. (Al. 44:9)

Podejrzewam, że lektura tej i jej podobnych wypowiedzi miała w pewien sposób przygotować wiernych na zetknięcie w codziennym życiu z opinią sceptyków. Niejako zaszczepić ich wiarę przeciwko trzeźwemu myśleniu. Spodziewałbym się jednak efektu wręcz odwrotnego - niepewność mogłaby narastać nawet w umyśle średnio rozgarniętego członka Kościoła.

Znaleźć też w Księdze możemy znajomo brzmiącą retorykę szeroko rozumianej prawicy, wraz z niepojętymi akrobacjami logiczno-semantycznymi nad pojęciami "wolności", "prawa" i im podobnymi. Mój ulubiony przykład:

Jednakże pokój nie trwał długo, gdyż powstał spór co do naczelnego sędziego Pahorana. Oto grupa Nefitów chciała zmienić pewne punkty prawa, a Pahoran nie chciał na to pozwolić i odrzucał petycje tych, którzy posyłali do niego swe głosy domagając się zmiany prawa. I ci, którzy dążyli do zmiany prawa, rozgniewali się na niego i chcieli usunąć go z urzędu naczelnego sędziego w kraju, dlatego powstał o to spór, ale bez rozlewu krwi. I tych, którzy chcieli usunąć Pahorana z urzędu sędziego, nazwano rojalistami, gdyż chcieli zmienić prawo obalając rządy ludu i ustanawiając króla. Tymczasem ci, którzy chcieli, aby Pahoran pozostał naczelnym sędzią w kraju, przyjęli nazwę wolnościowców. I tak powstał między nimi rozdział, gdyż wolnościowcy przysięgli i obiecali bronić swych praw i przywilejów swej religii zachowując rządy ludu. I stało się, że rozstrzygnięto ten spór głosowaniem ludu. I głos ludu był za wolnościowcami, i Pahoran pozostał naczelnym sędzią ku wielkiej radości jego braci oraz wielu wolnościowców. I uciszyli oni rojalistów, że nie odważyli się stawiać oporu, ale zostali zobowiązani popierać sprawę wolności. (Al. 51:2-7)

Żeby jeszcze nie było żadnych wątpliwości, kto w tym sporze ma rację, jesteśmy informowani, że: A ci, którzy opowiadali się za ustanowieniem króla, pochodzili z wysokich rodów i sami chcieli zostać królami. I popierali ich ci, którzy chcieli sprawować rządy nad ludem. (Al. 51:8)

A skoro tak, to niewątpliwie zasłużyli sobie na to, co ich spotkało: I gdy rojaliści dowiedzieli się, że Lamanici przychodzą walczyć z Nefitami, ucieszyli się z tego i odmówili udziału w obronie, bowiem tak byli rozgniewani na naczelnego sędziego i wolnościowców, że nie chcieli bronić swego kraju. I gdy Moroni dowiedział się o tym oraz że Lamanici wkraczają do kraju, opanował go wielki gniew na upór ludzi, dla których tak się trudził, by ich obronić. Rozgniewał się na nich i wysłał petycję z żądaniami ludu do naczelnika państwa pragnąc, aby je ogłosił i dał mu, to jest Moroniemu, władzę, aby ich zabić, jeśli nie uda się zmusić ich do obrony kraju. Albowiem Moroni chciał przede wszystkim położyć kres takim sporom i rozłamowi pośród Nefitów, bo jak dotąd były one przyczyną wszystkich ich klęsk. I stało się, że zgodnie z żądaniami ludu przyznano mu taką władzę. I Moroni nakazał swej armii pójść walczyć z rojalistami, zdławić ich dumę i wyniosłość i zrównać ich z ziemią, jeśli nie staną w obronie wolności. I stało się, że armie pomaszerowały przeciwko rojalistom, i zostali oni poniżeni w swej dumie i poczuciu wyższości, albowiem gdy podnosili broń, by walczyć z ludźmi Moroniego, zabijano ich i równano z ziemią. Cztery tysiące spośród nich zginęło od miecza, a dowódców, którzy nie polegli w bitwie, pojmano i wtrącono do więzienia, gdyż nie było wówczas czasu na sądzenie ich. Pozostali rojaliści, aby nie zginąć od miecza, wybrali poparcie dla hasła wolności i zostali zobowiązani wywiesić sztandary z hasłem wolności na swych wieżach i w miastach oraz bronić swego kraju. (Al. 51:13-20)

Dzięki takim kwiatkom (znów - czasami wbrew intencji autora komicznym) lektura Księgi Mormona sprawiała jeszcze więcej przyjemności.

Ostatnim ważnym aspektem, który wg mnie warto poruszyć jest różnica w formie. W tej książce nie znajdziemy nudnych do bólu wyliczeń, statystyk i powtórzeń, tak obficie występujących np. w Księdze Sędziów, czy Księdze Liczb. Dzięki temu, nawet jeśli świętość Księgi Mormona nie jest dla nas atutem przemawiającym za zapoznaniem się z nią, można ją poczytać dla samej tylko fabuły - nie jest może porywająca, ale w wielu miejscach można się naprawdę wciągnąć.

Zdecydowanie polecam lekturę Księgi - warto się przekonać, że chrześcijaństwo nie musi być tak bardzo oparte na zdezaktualizowanych mitologiach. Że można porzucić starych bogów, na rzecz nowego - ucywilizowanego i serdecznego Boga wyplutego przez popkulturę. I że pomimo groteskowości niektórych zabiegów, ten nowy twór może wzbudzić sympatię.

Tagi: chrześcijaństwo, biblia, święte teksty, mormoni, kościół jezusa chrystusa świętych w dniach ostatnich

skomentuj (0)

Wizyta w świątyni Zen 2009-10-25 20:26:28

Przede wszystkim przepraszam, że tak długo nie dawałem znaku życia. Zwłaszcza Namidę i Generała, którzy pofatygowali się, aby skomentować poprzednie nagranie. Powinienem był coś napisać, chociażby w komentarzu, ale przez dość długi czas myślałem, że lada moment skończę kompletować materiał do nowej notki - jak się okazało, "trochę" się to przeciągnęło.

Ponieważ nikt nie narzekał pod ostatnim nagraniem (a niektórzy nawet je odsłuchali :)), kolejna notka również w formie głosowej. Wydaje mi się, że wyszło znacznie lepiej, niż poprzednio. W przyszłości chyba będę robił tak: relacje ze spotkań i wizyt w świątyniach będą w formie głosowej, a pozostałe notki (np. wrażenia po lekturze "świętych tekstów") - w tradycyjnej formie tekstowej.
Można też pobrać nagranie i odsłuchać później. Polecam format Ogg Vorbis (23 MB), który jest znacznie lepszy lub - jeśli Wasz odtwarzacz go nie obsługuje - format MP3 (14 MB).

Warto zajrzeć:
http://zen.pl/ - strona szkoły Kwan Um oraz świątyni, w której byłem.
http://pl.wikipedia.org/wiki/Zen - artykuł w Wikipedii o buddyzmie Zen.
http://pl.wikipedia.org/wiki/Son - artykuł w Wikipedii o koreańskim Zen.
http://przebudzeni.pl/ - strona programu "Buddyzm w więzieniu".
Książka Bezdźwięczny głos jednej klaszczącej dłoni, Groening Lies - wspomnienia z pobytu w japońskiej świątyni Zen.
Film Zen Noir - nie może stanowić źródła informacji, ale jest... intrygujący.
koan lub kongan - warto sprawdzić znaczenie tego słowa.

Muzyka wykorzystana w nagraniu:
Piter - HuHuHu (czołówka)
Jaime Heras - Los dias olvidados
Jaime Heras - La esperanza
Jaime Heras - Tema de "Un paseo por Archena"

Licencja tego nagrania:

Creative Commons License
Podcast Sekty - Wizyta w świątyni Zen by Wojciech Wolny is licensed under a Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 2.5 Polska License.

Tagi: spotkanie, buddyzm, zen, podcast, kwan um

skomentuj (3)

Tipitaka, czyli teksty buddyzmu Theravada 2009-07-21 16:41:36

Niespodzianka :) Dzisiejszej notki nie można przeczytać, ale można posłuchać. Technicznie wyszło o wiele gorzej, niż się spodziewałem, ale mam nadzieję, że nadrabiam poziomem merytorycznym. Odcinek nagrywałem etapami i miejscami przesadziłem z montażem, więc może być bardzo nierówny.

Można posłuchać bezpośrednio na stronie:
albo ściągnąć plik. Polecam w formacie Ogg (21 MB). Jeśli nie masz odtwarzacza, który potrafiłby go otworzyć, jest też wersja w formacie MP3 (53 MB).

Materiały związane z Tipitaką, które warto poczytać lub posłuchać:
http://tipitaka.pl/ - kilkadziesiąt wybranych sutt dobrze przetłumaczonych na polski
Sutty, o których wspomniałem w nagraniu:

  1. Nauki dane Kalamom
  2. o mniszce Soma
  3. o schronieniu
http://www.accesstoinsight.org/ - o wiele bogatsze źródło tłumaczeń sutt i informacji na temat tipitaki, ale niestety po nagielsku.
Teksty z tej strony, o których wspominam w nagraniu:
  1. Brahma-nimantanika sutta
  2. Historia Kisy Gottami
  3. Kevatta sutta
  4. Patimokha
  5. Rozdział Buddhist Monastic Code II - wiele informacji na temat Patimokhy
Jataki (niestety po angielsku) można poczytać tutaj, natomiast piękne tłumaczenie Dhammapady do słuchania można znaleźć tutaj.

Muzyka wykorzystana w nagraniu:
  1. Piter - HuHuHu (czołówka)
  2. Jaime Heras - Los dias olvidados
  3. Jaime Heras - La cuna del hombre
  4. Jaime Heras - Angeles rotos
  5. Jaime Heras - La voz de los angeles rotos
  6. Jaime Heras - La esperanza
  7. Jaime Heras - Portal de San Francisco
  8. Jaime Heras - Tema de "Un paseo por Archena"
  9. Jaime Heras - El día después (Versión 2008)
  10. Jaime Heras - Música de fotos amariilas
Licencja tego nagrania: Creative Commons License
Podcast Sekty - Tipitaka by Wojciech Wolny is licensed under a Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 2.5 Polska License.

Tagi: buddyzm, podcast, święte teksty, tipitaka, theravada

skomentuj (2)

Chrześcijanie, grupa bez nazwy, c.d. 2009-06-01 23:06:36

Długo nie dawałem znaków życia, a i teraz napiszę tylko kilka zdań. Na swoje usprawiedliwienie mam jedno słowo: sesja.

Udało mi się jednak dowiedzieć trochę więcej o grupie, którą opisywałem w poprzedniej notce. Mikołaj - bo tak ma na imię mój sąsiad, z którym rozmawiałem - mówił co prawda tylko o swojej wierze, ale odnoszę wrażenie, że wśród jego "sióstr i braci" nie ma pod tym względem dużych różnic. Warto tutaj od razu wspomnieć o źródłach jego wiary i wiedzy na tematy teologiczne. Nikt podobno go tego nie uczył, nic mu nie tłumaczył. Twierdził natomiast, że wystarczy czytać Biblię oraz próbować żyć według niej (choć, o czym już ostatnio wspomniałem, wybiórczo), a zrozumienie różnych spraw pojawia się (a może raczej spływa) samo. Mikołaj podkreślił też, że nigdy nie mówi o rzeczach, których nie wie, choć jego wiedza właśnie dzięki studiowaniu Biblii oraz aplikowaniu jej w codziennym życiu nieustannie się poszerza.

Mogłem się przekonać na własnej skórze o prawdziwości części tych zapewnień - kiedy wypytywałem szczegółowo o pozycję Jezusa, Mikołaj przyznał, że nie jest w stanie odpowiedzieć mi na pewne pytanie. Zaraz potem, gdy chciałem się czegoś dowiedzieć na temat kosmologii, poszedł po swój egzemplarz Biblii, a następnie długo szukał fragmentu, na który chciał się powołać. Choć pamiętał dobrze jego przesłanie, stwierdził, że zawsze "bezpieczniej" jest tłumaczyć z tekstem lub, jak to on określił, ze Słowem. Wyraźnie też wolał mówić o kwestiach, które są jasno i precyzyjnie przedstawione w pewnych fragmentach Biblii.

Pora więc streścić, czego się dowiedziałem. Przede wszystkim, za prawdziwą uznaje się mitologię wypływającą z Nowego Testamentu oraz - przynajmniej w części - ze Starego Testamentu. Jezus czynił cuda, umarł za grzechy ludzi i zmartwychwstał. Istnieją anioły i święci, choć - jak rozumiem - ci ostatni nie są obiektem kultu. Królestwo Boże istnieje już tu na ziemi i człowiek, który należy do niego w czasie swojego życia, ma się w nim znajdować również po śmierci. Istnieje też piekło, nie istnieje natomiast czyściec.

Choć istnieją pewne absolutne zasady moralne, nie są one nigdzie skodyfikowane. Jak to stwierdził mój rozmówca, najważniejsza jest miłość do Boga i to z niej wypływa moralne zachowanie. Kiedy natomiast przykazania są podane w formie nakazów i zakazów, to "już nie jest miłość, tylko religia". Bóg, podobnie jak to jest z wiarą, obdarza człowieka zrozumieniem tego, co jest dobre, a co złe. I choć chce zbawić wszystkich, trzeba się na to choć trochę otworzyć. Niektórych jednak wybiera "bardziej" (czego przykładem mają być prorocy), a to można poznać po postępowaniu danego człowieka.

I tu dochodzimy do stosunku do innych kościołów. Postanowiłem się dowiedzieć na ten temat co nieco po komentarzu Generała Lee pod poprzednią notką. Mikołaj nie chciał wyrazić opinii na temat innych wspólnot. To musiałoby się wiązać z ocenianiem więzi między ich członkami, a Bogiem, a tego wolał uniknąć. Nie udało mi się też uzyskać słowa komentarza na temat ich doktryn. Jak twierdzi, po prostu dlatego, że ich nie zna. Skrytykował jednak praktykę wybierania przez ludzi przywódców religijnych. Według niego powinno się to zadanie pozostawić Bogu. Tym bardziej, że jak mają pokazywać przykłady z Biblii, Bóg najczęściej wybierał sobie ludzi prostych, według nieznanego nikomu klucza, a najwyższe stanowiska religijne piastują najczęściej osoby dobrze wykształcone, nierzadko z wyżyn społecznych.

Tagi: chrześcijaństwo, grupy bez nazwy

skomentuj (2)

Chrześcijanie, grupa bez nazwy 2009-05-08 20:08:17

Kolejna notka miała być o Świadkach Jehowy, ale plany troszkę się zmieniły. Już jakiś czas temu dowiedziałem się, że jeden z sąsiadów organizuje w moim akademiku wspólne czytanie Biblii. Niespodzianka to bardzo miła, zwłaszcza że wobec zbliżającej się wielkimi krokami sesji egzaminacyjnej cierpię na chroniczny deficyt wolnego czasu, a dojazdy do świątyń konsumują ogromne ilości tegoż. Ów sąsiad (niestety, pomimo usilnych prób, nie udało mi się zapamiętać imienia) nie uważa się za wyznawcę jakiejkolwiek grupy religijnej, ale nazywa siebie (jak również swoich "braci i siostry") chrześcijanami.

Spotkanie odbyło się w kuchni akademika. Mogę śmiało powiedzieć, że czułem się jak u siebie :) Oprócz nas dwóch był jeszcze jeden mężczyzna (jego imienia niestety również nie udało mi się zapamiętać), któremu mówienie po polsku sprawiało wyraźną trudność. Tak więc poza mną nie przyszedł nikt spoza tej "wspólnoty".

Plan spotkania był bardzo prosty: Najpierw modlitwa - ta wyraźnie nie pochodziła z żadnego modlitewnika, ale nie mogę też powiedzieć, żeby była spontaniczna. Miałem wrażenie, że tego typu modlitwy były już odmawiane wielokrotnie, przez co stały się schematyczne. Obaj "gospodarze" modlili się oddzielnie, jeden po drugim. Następnie pieśni: ciężko mi powiedzieć, skąd pochodziły. Tekst był w języku angielskim oraz polskim - ten ostatni był po prostu tłumaczeniem oryginału. Sam się nie włączyłem, bo w tak małym gronie i przy moim głosie byłoby mi głupio, a poza tym moja wymuszona przygoda z rzymskim katolicyzmem zostawiła wspomnienia na tyle nieprzyjemne, że do różnych chrześcijańskich form kultu podchodzę z niechęcią. Po tym punkcie programu oraz ponownej modlitwie, przeszliśmy do meritum.

Mój sąsiad powiedział, który fragment będziemy czytali oraz wyjaśnił, że będziemy to robili po kolei - każdy po jednym wersie. Skoczyłem szybko po swój egzemplarz Biblii ("Biblia tysiąclecia", przez Mariusza Agnosiewicza nazwana swego czasu "Biblią tysiąca błędów", choć ciężko mi powiedzieć, czy to tylko jego złośliwość, czy rzeczywiście zasługuje na takie miano) i mogliśmy zaczynać. Niestety, moje tłumaczenie wyraźnie różniło się od tych, z których korzystali członkowie wspólnoty, co zmuszało do trochę większego wysiłku - bo ciężko jest słuchać wypowiedzi, jednocześnie śledząc tekst zawierający tę samą kwestię, ale w mocno przeredagowanej formie. Gdy już przebrnęliśmy przez cały fragment, chłopak, który to organizował zaczął czytać go od nowa, tym razem po każdym wersie komentując go. Forma komentarzy była bardzo nieatrakcyjna - w przeważającej części były to po prostu czytane z zeszytu notatki. W dodatku czytający często się zacinał, gubił w nich i w ogóle nie podnosił znad zeszytu oczu. Szalenie mi się to spodobało :) Poważnie! - nikt nie starał się na siłę atrakcyjnie opakować swoich poglądów (Promocja! Paczka anegdot, pół litra obrazowych metafor + 0.25 kg teologii gratis) i sprzedać ich za wszelką cenę. I nawet świadomość, że pewnie bardziej wynikało to z nieumiejętności, niż powagi, nie umniejsza mojego podziwu. Niestety, gorzej było już z treścią. Wielu kwestii nie byłem nawet w stanie zrozumieć moim ateistycznym rozumkiem. Jeśli już udawała mi się ta sztuka, nie byłem w stanie doszukać się czegoś nowego, czy odkrywczego. Gdy skomentowany został ostatni wers czytanego przez nas fragmentu, przyszedł czas na krótką modlitwę i "oficjalna" część spotkania dobiegła końca. Teraz mogłem pytać :)

Skoro chrześcijanie, których spotkałem nie uważają się za grupę religijną, nie biorą udziału w żadnych rytuałach. Ciekawe, że porównują siebie do pierwszych chrześcijan, a mimo to nie praktykują nawet eucharystii. Wspólnota spotyka się co niedzielę na nabożeństwie, którego przebieg jest wg nich podobny do spotkania, w którym uczestniczyłem. Oczywiście, nie ma żadnej hierarchii, a sama wiara nie jest w żaden sposób skodyfikowana. Nawet gdy nazywałem jego wierzenia religijnymi, mój sąsiad protestował. Może rzeczywiście wobec braku jakiegokolwiek formalizmu nie jest to najodpowiedniejsze określenie. Twierdził jednak, że nie mówi o tym, w co wierzy, ale o tym, co wie. Ta wiedza ma wynikać z jego osobistego doświadczenia (a nie np. z zaufania autorytetom, lektury, objawienia, czy intuicji). Z tego doświadczenia wynika też przekonanie o dobroci Boga, a co za tym idzie, również o dobroci starotestamentowego Jahwe. Hmm... choć nawet nie jestem blisko ukończenia lektury Starego Testamentu, ciężko mi zrozumieć, jak w ogóle można przypisywać JHWH cały wachlarz pozytywnych cech, zwłaszcza tych, które w naszej kulturze budzą podziw, a w czasach autorów Biblii najwyraźniej były oznaką słabości. Sprawa trochę się rozjaśniła, gdy mój rozmówca stwierdził, że nie trzeba czytać całej Biblii, a wystarczy skupić się na wybranych fragmentach.

Gdy teraz to piszę, sam się dziwię, że nie zapytałem o wiele palących kwestii: podstawy teologii (stosunek do trynitaryzmu i w ogóle zarys kosmologii, życie po śmierci, istnienie i natura duszy, podejście do zdobyczy nauki) oraz obowiązujących zasad moralnych (o ile takowe są). Na szczęście, nie mam daleko do gospodarza spotkania, więc chyba zdążę chociaż o część tych kwestii zapytać jeszcze w tym roku akademickim.

Tagi: spotkanie, chrześcijaństwo, zwyczaje, grupy bez nazwy

skomentuj (2)

Kościół Ewangelicko-Reformowany - nabożeństwo 2009-04-26 23:45:23

Najpierw oczywiście garść linków:
http://reformowani.pl/ - strona Kościoła
Wikipedia
http://reformowani.org.pl/ - strona parafii warszawskiej
http://www.jednota.pl/ - strona czasopisma związanego z Kościołem
http://www.kalwin2009.pl - o obchodach roku Kalwina

Dla osób ciekawych ostrzeżenie: choć z nazwy podobne, Ewangeliczny Kościół Reformowany i Kościół Ewangelicko-Reformowany to dwie zupełnie różne organizacje i nie należy ich ze sobą mylić. Mnie się nie udało ustrzec przed tym błędem w czasie przygotowań teoretycznych do spotkania i nie zdążyłem nadrobić czasu, który poświęciłem na poznawanie nie tego kościoła, o który mi chodziło.

W przypadku KER z kilku przyczyn powstrzymam się przed pisaniem o doktrynie i wierzeniach: Przede wszystkim dlatego, że odpowiednie informacje można nietrudno znaleźć samodzielnie - nawet jeśli nie z pierwszej ręki, to jest wiele publikacji traktujących o różnych wyznaniach chrześcijańskich. Wiele osób zresztą pewnie ma o wiele bardziej rozległą wiedzę na ten temat niż ja. Po drugie, jak już wspomniałem, nie przygotowałem się należycie do spotkania, więc i nie mogłem zapytać o kwestie, które może niezbyt jasno są opisane w Internecie, czy literaturze. Po trzecie wreszcie, czułbym się niezręcznie wymądrzając się na ten temat, nie zapoznawszy się wcześniej z pokaźnym zbiorem materiałów, w które zostałem wczoraj zaopatrzony - a to zajmie mi trochę czasu. Postaram się więc pisać o sprawach doktrynalnych tylko tam, gdzie będzie to konieczne.

Miałem nadzieję najpierw spotkać się i porozmawiać z "szeregowymi" wiernymi. Dlatego wczoraj wybrałem się na spotkanie młodzieży - wydawało mi się to świetnym pomysłem z racji mojego młodego wieku. Niestety, młodzież nie dopisała: oprócz mnie przyszedł jedynie Arek (o ile dobrze zapamiętałem imię) i proboszcz parafii. Nie mogłem więc porozmawiać i posłuchać co mają do powiedzenia o swojej wierze młodzi parafianie. Mogłem za to choć trochę uzupełnić braki w mojej wiedzy na temat kalwinizmu - a konkretnie tej jego formy, która jest obecna w Polsce - oraz próbować wyłuskać z wypowiedzi księdza informacje o atmosferze panującej w zborze i stosunkach z innymi kościołami.

Uzbrojony w tę wiedzę pojechałem dziś rano na nabożeństwo. Oczywiście, pierwszą rzeczą na jaką zwróciłem uwagę był wystrój kościoła. Wczoraj pastor wspominał o nim twierdząc, że jest pozbawiony przepychu i różnych bałwochwalczych elementów dekoracyjnych (choć nazwał to nieco inaczej, nie używając słowa "bałwochwalstwo"). O ile z brakiem oznak bałwochwalstwa mogę się zgodzić, to z brakiem przepychu i prostotą już zdecydowanie nie. Był to jednak przepych elegancki, wywierający ogromne wrażenie i nie kiczowaty (no, może poza prostymi witrażami, ale to już kwestia gustu). Środkiem od wejścia aż po część prezbiterialną biegł czerwony dywan. Po jego bokach oraz w dwóch nawach bocznych stały ławki z ciemnego drewna, sprawiające wrażenie bardzo starych. W każdej ławce leżały śpiewniki i Biblie, rozłożone w równych odstępach, wszystkie w oprawach tego samego koloru. Ta regularność również wywierała spore wrażenie. Nawę główną od bocznych oddzielały rzędy wymyślnych i bogato zdobionych kolumn, na których opierał się poziom przeznaczony chyba dla chóru. Zadzierając do góry głowę można było podziwiać sklepienie. Jeśli jednak zadarło się ją za bardzo, w oczy rzucały się części, na których tynk był mocno pożółkły lub już odpadł. Skromna była natomiast część prezbiterialna: znajdowała się tam jedynie drewniana ambona, Stół Pański, a za nim ogromny podświetlany krzyż oraz ławka, w której siedzieli odprawiający nabożeństwo księża. Na Stole Pańskim wzrok przykuwała Biblia, postawiona i otwarta w kierunku wiernych. Zresztą, wiele zdjęć można znaleźć w archiwalnych numerach biuletynu parafialnego.

Ponieważ przyszedłem do kościoła na kilka minut przed dziesiątą, na podziwianie wystroju w ciszy miałem niewiele czasu i wkrótce zaczęło się nabożeństwo. Oczywiście, nie jestem w stanie przywołać z pamięci całego przebiegu ceremonii, wspomnę więc tylko o tym, co wydało mi się najbardziej charakterystyczne lub z innych powodów zapadło mi w pamięć. Warto tu nadmienić, że wychowywany byłem przez praktykujących katolików, tak więc zasady i przebieg mszy w katolicyzmie są mi całkiem nieźle znane. Dlatego w wielu miejscach mogę czynić porównania między oboma kościołami. Podejrzewam jednak, że zdecydowanej większości gości na tym blogu tradycja i zwyczaje katolickie również nie są obce, więc nie powinno to utrudniać odbioru.

W Kościele Ewangelicko-Reformowanym nabożeństwo przebiega, podobnie jak w w Kościele Rzymskokatolickim, według dokładnie ustalonego schematu. Wierni wstają, siadają i klękają w ustalonych momentach. Na wyuczone formułki wypowiadane przez pastora odpowiadają wyuczonymi formułkami, choć jest ich chyba znacznie mniej. Ciekawa rzecz, że wszystkie odpowiedzi wiernych (poza elementem, który nazwę odpowiednikiem spowiedzi powszechnej) były odśpiewywane przy akompaniamencie organów (być może jest tak tylko w tej konkretnej parafii). Pastor natomiast przeciwnie - zawsze po prostu wypowiadał odpowiednie zdania. W ogóle pastor nie odprawiał żadnych rytuałów, nie czynił gestów i nie angażował się w inne magiczne aktywności - po prostu czytał i mówił. No, może poza Wieczerzą Pańską. Rozpoczynając ten element ceremonii, księża (oprócz proboszcza nabożeństwo odprawiał również biskup) odczytali fragment z Biblii opisujący ustanowienie eucharystii, nalali wina do dwóch kielichów i połamali przygotowany chleb na kawałki. Bardzo spodobało mi się, jak pastor zakończył te przygotowania - powiedział mianowicie: "Przystąpcie teraz do Stołu Pańskiego. Przyjdźcie, bo już wszystko gotowe." Wydało mi się to bardzo ciepłe i pełne życzliwości, a może po prostu mniej mechaniczne niż się spodziewałem. Na te słowa prawie wszyscy zebrani ustawili się wokół Stołu Pańskiego w kręgu, a księża przeszli wzdłuż nich, każdemu podając na tacy kawałek chleba. Zaraz potem księża znów przeszli koło wiernych, tym razem każdemu podając ten sam kielich z białym winem, aby wypił z niego łyk. Wszyscy rozeszli się na swoje miejsca dopiero gdy ostatnia osoba oddała kielich.

Wieczerza Pańska była najbardziej wyróżniającym się elementem nabożeństwa, na które poza nią składało się - z tego co pamiętam - odczytanie kilku fragmentów z Biblii, odśpiewanie pieśni (w końcu nie na darmo na ławkach leżały śpiewniki), kazanie, wyznanie wiary, modlitwa "Ojcze nasz" i wprowadzenie w urząd członków nowo wybranego Kolegium Kościelnego i Komisji Rewizyjnej. To ostatnie oczywiście nie jest standardową częścią nabożeństwa.

Pierwsi z kościoła wyszli księża, aby móc przy drzwiach po kolei witać wszystkich wychodzących, co uważam za ciekawy i miły zwyczaj. Zaraz po nabożeństwie poszliśmy do domu parafialnego, gdzie można było porozmawiać przy herbacie. Dla mnie była to świetna okazja, aby nadrobić zaległości i zamienić wreszcie parę zdań z członkami Kościoła, choć niestety mój brak wiedzy i słabe przygotowanie dały o sobie znać.

Oczywiście, pytaniem, którego nie mógłbym nie zadać jest: "Jak to jest być ewangelikiem reformowanym w Polsce?". Zgodnie z moimi przypuszczeniami, nie jest wcale źle, choć różne osoby miewały na ten temat różne przemyślenia. Wygląda na to, że członkowie KER nie spotykają się z rażącymi przejawami niechęci, czy nietolerancji. Łagodne formy tych zjawisk zdarzają się incydentalnie - chyba że ktoś ma nieszczęście mieć w swoim otoczeniu wyjątkowo fanatycznych katolików. Zapytani o najważniejsze różnice między ich kościołem, a Kościołem Rzymskokatolickim, ewangelicy jednomyślnie wskazywali na brak bałwochwalstwa (znowu, nie używając tego określenia). Natomiast zjawiskami, które bez wątpienia dalece ich irytują są powszechne Kościele Rzymskokatolickim przekonanie o wyższości tej wspólnoty i chęć nawracania innych. Niechęć wobec tych trendów została kilkukrotnie jasno wyrażona zarówno przez duchownych, jak i świeckich członków zboru. Zaintrygowało mnie, że dzień wcześniej pastor wyrażał się bardzo pochlebnie o ks. Tischnerze, dodając "choć był księdzem katolickim". Zapytany, skąd to "choć", wyjaśnił, że chodziło mu o powszechność wśród katolickich księży postaw bliskich ks. Rydzykowi, czy Jankowskiemu. Przy okazji stwierdził też, że nie uważa, aby jego kościół miał monopol na prawdę, a nawet im więcej różnych religii i wyznań poznaje, tym bardziej utwierdza się w przekonaniu, że go nie ma. Jestem bardzo ciekaw, na ile powszechne jest to przekonanie wśród ewangelików i czy coś by się w tym względzie zmieniło, gdyby Kościół Ewangelicko-Reformowany był najpopularniejszym w Polsce.

Miałem ogromne szczęście, że tego właśnie dnia po nabożeństwie odbyło się spotkanie kręgu dyskusyjnego, którego przebieg mogłem obserwować. Trochę się zmartwiłem widząc, że wśród zbierających się uczestników zdecydowaną większość stanowią ludzie starsi. Jak się okazało, niesłusznie. Dyskusja była naprawdę rzeczowa i na poziomie. Szkoda tylko, że szybko przeszła na tematy bardziej techniczne. Zastanawiano się mianowicie, czy w czasie Wieczerzy Pańskiej można w jakiś sposób zrezygnować z niehigienicznego picia ze wspólnego kielicha oraz czy można ze względu na alkoholików zastąpić wino jakimś sokiem owocowym. Niemniej, nabrałem dzięki temu spotkaniu przekonania o dużej otwartości ewangelików i gotowości do dialogu. Niektórzy przedstawiali konserwatywne stanowisko, ale przedstawiali je w sposób kulturalny i sensownie argumentując. Zafascynowała mnie pewna scena, której stałem się świadkiem - wydaje mi się, że doskonale obrazuje wierność zasadzie Ecclesia Reformata et Semper Reformanda oraz demokratyczny ustrój KER: oto postępowy proboszcz próbuje przekonać swoich parafian, aby nie obstawali twardo przy tradycji, tylko szli z duchem czasu. Ci z kolei wytykają mu błędy w jego rozumowaniu i próbują jednak przeciągnąć na swoją stronę. Wszystko to cierpliwie czekając, aż (świecki) prowadzący dyskusję udzieli im głosu. Uchwyciłem rzucone przez księdza stwierdzenie, że "w ten sposób tylko wpędzamy ludzi w poczucie winy - a w tym Kościół zawsze był najlepszy". Coś huknęło - to moje dotychczasowe wyobrażenie o chrześcijaństwie wywróciło się do góry nogami.

Żałuję, że nie zdołałem się lepiej przygotować merytorycznie. Na pewno wyniósłbym z tego spotkania o wiele więcej. Kiedy już wracałem z domu parafialnego, byłem trochę zły z tego powodu. Humor poprawiło mi niespodziewanie spotkanie Świadków Jehowy, od których dostałem namiary oraz informacje o terminach spotkań. Już wiem, jaką następną grupę odwiedzę :)

Tagi: spotkanie, chrześcijaństwo, zwyczaje, kalwinizm, odnośniki, ceremonie, kościół ewangelicko-reformowany

skomentuj (1)

sekta
  1. «odłam wyznaniowy jakiejś religii; też: grupa ludzi skupiona wokół jakiegoś przywódcy, mająca własną religię»
  2. «grupa społeczna stanowiąca odłam wśród wyznawców jakiejś ideologii»
Słownik języka polskiego Księga Gości
Warto zajrzeć
Lekcja religii w Tok FM strona świetnej audycji radiowej
Religie Świata nazwa mówi sama za siebie
Racjonalista niewyczerpane źródło informacji na wiele tematów